Zima nie odpuszcza, rowerzyści też nie dają za wygraną. Tak można skwitować dzisiejszy wypad z Serafinem w ramach popołudniowego przewietrzenia się.
Poranek i wczesne południe spędziłem w szkole. A po szkole dom i szybki obiad.
Za chwile dzwoni Serafin z propozycją rowerowania. Co prawda, z początku nie chciałem się już nigdzie ruszać, w ramach układania sobie w głowie bałaganu, który jak zwykle zrobili mi w szkole.
Jednak mały wewnętrzny rowerochochlik podjudził mnie bym pojechał i ... uległem.
Szybko się zebrałem i sprawdziłem fizyczny stan faktyczny roweru. Nie wyglądał źle, a nawet jestem skłonny stwierdzić, że zdarzało się że wyglądał gorzej. Najbardziej obawiałem się o łańcuch, czy Rohloff dał rade go odizolować od niesprzyjających warunków (czyt. śnieg, deszcz, błoto, sól i ten cały drogowy syf) Jak się okazało na Rohloffa nie ma mocnych, i łańcuch nie nosił żadnych śladów rdzy. Chociaż to może być też wina tego, że nie czyszczę go między smarowaniami i cały jest już pokryty czarną mazia konsystencji zimnej smoły. Może nie wygląda ładnie i trochę brudzi, ale nie ma prawa zardzewieć :D
Wypad zacząłem od podjechania pod willę Serafina, gdzie trwało wielkie przedsięwzięcie logistyczne, polegające na przemieszczeniu Śl, z punktu U do punktu Gi ( gdzie: Śl - śnieg i lód, U- ulica a Gi - gdziekolwiek indziej ) :D W skrócie chodziło o odśnieżanie :P
Po krótkim przywitaniu, zaczęliśmy myśleć gdzie by tu pojechać. Wybór padł na ulicę Leśną a następnie Szałszę.
Zaraz po przejechaniu lasu, wjechaliśmy na wiadukt nad autostradą, który był pokryty grubą warstwą lodu i odrobiną śniegu. Podczas testowania skuteczności hamulców na tej wybitnie nie przyczepnej nawierzchni, najpierw wyłożył się Serafin, a następnie mimo usilnych starań utrzymania się w pionie, wyłożyłem się ja :D
Gdy już się pozbieraliśmy, ruszyliśmy spenetrować ścieżkę wzdłuż autostrady. Ona zaprowadziła nas do lasu
gdzie pod śniegiem, czyhało na nas błoto i koleiny.
Gdy już wyjechaliśmy z lasu w Żernikach, obraliśmy kierunek, Wieża radiowa. Po przeskoczeniu ruchliwej ulicy, dojechaliśmy nieodśnieżoną ścieżką rowerową do celu.
Jak widać w jest we mnie jeszcze takie małe dziecko :P
Nie siedzieliśmy tam zbyt długo i zaczęliśmy powrót do domów, tą samą trasą którą przyjechaliśmy. Przed lasem napotkaliśmy dwoje ludzi którym padła skrzynia biegów i mieli do dyspozycji tylko jeden bieg do przodu, z tego powodu nie mogli wyjechać podjazdu. Jak to ostatnio bywa rowerzysta ratuje kierowcę w zimie :D Szybko zabraliśmy się za wypychanie wana z podjazdu i już mogliśmy kontynuować drogę do domu. Leśna minęła nam bardzo szybko i bezboleśnie. Zanim postanowiliśmy ostatecznie udać się do domu. Pojechaliśmy jeszcze na chwilę do parku, między Parkową a Wawrzyńca. Tam przetestowaliśmy nośność huśtawek i łatwopalność Finishlina :D Jak wiadomo mój Rohloff nie pali się wcale, więc do testów posłużył mój łańcuch, obficie posmarowany powyższym wynalazkiem.
Serafin polał mój łańcuch Finishem a ja palnikiem próbowałem to to podpalić. Efekty były raczej mizerne, bo spodziewałem się płonącego łańcucha i odśnieżonego napędu a wyszedł mały płomyk palący się tylko wtedy gdy był podtrzymywany palnikiem. Tak więc w odpowiedzi na pytanie czy łańcuch posmarowany Finishlinem może się zapalić od ogniska, odpowiadam, że ... nie może, no chyba że cały rower wrzucisz do ognia :D
Jednocześnie zauważyłem że na mojej ramie zaczęły się rozwijać obce formy życia :P
Niezrażony tym faktem zebrałem się i pojechaliśmy do domów.
Jednak przejeżdżając koło Skateparku zauważyłem biegnące dzieciaki, które coś krzyczały. Obróciłem się i widzę jak jakiś dzieciak zsuwa się do potoku z mostu, po śliskiej skarpie a jego kolega próbuje go utrzymać by nie spadł do wody. Nie zdążyłem zawołać Serafina i sam rzuciłem rower (co w tej okolicy może wiązać się z jego utratą) i podbiegłem pomóc maluchowi. Parę sekund i już po sprawie, mały najadł się strachu a ja zaliczyłem kolejny dobry uczynek. Oj chyba źle ze mną, że zacząłem pomagać wszystkim w koło. Czyżby miłość tak na ludzi działała ??
Po chwili wskoczyłem na rower i pognałem za Serafinem który był już spory kawałek dalej i zaczął zawracać nie wiedząc gdzie się podziałem.
Szybko wyjaśniłem sytuację i pojechaliśmy do domów
Tak oto minęła mi niedziela
Pozdro
niedziela, 15 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
Zimowa Zabrzańska Masa Krytyczna
Dnia dzisiejszego zacnego, odbyła się Zabrzańska Masa Krytyczna (kurcze mam wrażenie jak bym to już pisał kiedyś :D). Ale może od początku.
Poranek minął mi pod znakiem dobrego humoru, który zapewniła mi moja ukochana, porannym telefonem. Poza tym za oknem rozpętała się prawdziwa zima, co mnie dodatkowo ucieszyło. Ale jednocześnie zmusiło do zmiany opon z typowo letnich, na bardziej adekwatne do pory roku.
Po obiedzie, wyszedłem do warsztatu, zaopiekować się ogumieniem Dextera. Poszło szybko i sprawnie więc nie będę tego opisywał, bo już kiedyś opisywałem wymianę gum i wyszedł z tego elaborat na miarę pracy licencjackiej.
Wyjazd na masę w samotności, jest średnio ciekawy, więc ugadaliśmy się z Piernikiem na odjazd z pod mojego domostwa około 17:30. Ale gdy nieco wcześniej wyszedłem z domu, postanowiłem sprawdzić jak się sprawuje kulejący ostatnio napęd w moim rowerze. Tak więc przyjechałem pod willę Pienika nieco wcześniej, spotykając po drodze Władcę Rokitnicy i okolicy, czyli Daniela z bloga nieopodal . Po chwili w trzyosobowym składzie pędziliśmy w stronę centrum.
Gdy dojechaliśmy na plac Wolności, zachodziły pewne obawy czy zbierze się ekipa na tyle duża by opłacało się organizować przejazd. Na szczęście za chwilę pojawili się Kubush wraz z Anią (tym razem niezroweryzowaną) w tym składzie, obradowaliśmy co dalej.
W międzyczasie zaczęli się pojawiać kolejni rowerzyści którym zima nie straszna, i na placu zaczynało się robić rowerowo.
W tak zwanym międzyczasie, zaczął sypać śnieg i przysypał mi Dextera.
Niby wszystko fajnie ale tym razem, Policja nie dojechała na czas, bardzo podobnie jak w Gliwicach ostatnio.
Nie przejmując się tym zbytnio, ruszyliśmy w miasto, i sialiśmy popłoch wśród kierowców.
Będąc już na Gdańskiej trochę przed Multikinem, usłyszeliśmy syrenę Policyjną i po chwili już jechaliśmy w obstawie jednego radiowozu na ogonie peletonu. Dalsza droga minęła nam już bezpieczniej. A na wysokości alei Korfantego przestał padać śnieg, dzięki czemu widziałem gdzie jadę i mogłem znów wyciągnąć aparat.
Przejazd odbył się bezpiecznie, a na plac wolności dotarliśmy przed 19:00 i było nas 10 rowerocholików i dwie rowerocholiczki, niezroweryzowane :D
Innymi słowy niezły wynik jak na tę porę roku i pogodę.
Po wszystkim rozjeżdżaliśmy się w swoje strony, ja zabrałem się z ekipą na Mikule odprowadzając po drodze Kubusha.
Następnie dotarliśmy pod willę Piernika, gdzie pożegnaliśmy się z Scudem i Piernikiem. A my z Danielem pojechaliśmy jeszcze na małą rundkę honorową przez OMG, zahaczając po drodze o niszczejący szyb na terenie byłej KWK Mikulczyce.
Gdy już zwiedziliśmy to miejsce, pomknęliśmy dalej przez OMG planując przejazd przez ścieżkę rowerową koło nowej strefy ekonomicznej.
Po drodze natknęliśmy się na parę w wozie, która najwidoczniej nie trafiła w zakręt i utknęła autem w błocie. W ramach dobrych uczynków postanowiliśmy im pomóc, dodatkowym aspektem za pomocą, była marka samochodu :D W końcu Rover też ma jakiś rowerowy motyw w nazwie prawda ?:D
We dwóch ciężko było wydostać go z pułapki. Na szczęście przejeżdżający kierowca widząc dwóch odblaskowych rowerzystów, zmagających się z autem, postanowił pomóc. Chwilę później po Roverze zostały tylko głębokie bruzdy w błocie i swąd palonego sprzęgła.
Bogatsi o dobry uczynek, pojechaliśmy dalej i rozstaliśmy się na rondzie im. Nikogo
Do domu dojechałem cało i zdrowo, a przed schowaniem roweru zrobiłem mu jeszcze mała sesję w śniegu.
To tyle na dziś. Tak minął mi piątek trzynastego na rowerze :D
Pozdro
Poranek minął mi pod znakiem dobrego humoru, który zapewniła mi moja ukochana, porannym telefonem. Poza tym za oknem rozpętała się prawdziwa zima, co mnie dodatkowo ucieszyło. Ale jednocześnie zmusiło do zmiany opon z typowo letnich, na bardziej adekwatne do pory roku.
Po obiedzie, wyszedłem do warsztatu, zaopiekować się ogumieniem Dextera. Poszło szybko i sprawnie więc nie będę tego opisywał, bo już kiedyś opisywałem wymianę gum i wyszedł z tego elaborat na miarę pracy licencjackiej.
Wyjazd na masę w samotności, jest średnio ciekawy, więc ugadaliśmy się z Piernikiem na odjazd z pod mojego domostwa około 17:30. Ale gdy nieco wcześniej wyszedłem z domu, postanowiłem sprawdzić jak się sprawuje kulejący ostatnio napęd w moim rowerze. Tak więc przyjechałem pod willę Pienika nieco wcześniej, spotykając po drodze Władcę Rokitnicy i okolicy, czyli Daniela z bloga nieopodal . Po chwili w trzyosobowym składzie pędziliśmy w stronę centrum.
Gdy dojechaliśmy na plac Wolności, zachodziły pewne obawy czy zbierze się ekipa na tyle duża by opłacało się organizować przejazd. Na szczęście za chwilę pojawili się Kubush wraz z Anią (tym razem niezroweryzowaną) w tym składzie, obradowaliśmy co dalej.
W międzyczasie zaczęli się pojawiać kolejni rowerzyści którym zima nie straszna, i na placu zaczynało się robić rowerowo.
W tak zwanym międzyczasie, zaczął sypać śnieg i przysypał mi Dextera.
Niby wszystko fajnie ale tym razem, Policja nie dojechała na czas, bardzo podobnie jak w Gliwicach ostatnio.
Nie przejmując się tym zbytnio, ruszyliśmy w miasto, i sialiśmy popłoch wśród kierowców.
Będąc już na Gdańskiej trochę przed Multikinem, usłyszeliśmy syrenę Policyjną i po chwili już jechaliśmy w obstawie jednego radiowozu na ogonie peletonu. Dalsza droga minęła nam już bezpieczniej. A na wysokości alei Korfantego przestał padać śnieg, dzięki czemu widziałem gdzie jadę i mogłem znów wyciągnąć aparat.
Przejazd odbył się bezpiecznie, a na plac wolności dotarliśmy przed 19:00 i było nas 10 rowerocholików i dwie rowerocholiczki, niezroweryzowane :D
Innymi słowy niezły wynik jak na tę porę roku i pogodę.
Po wszystkim rozjeżdżaliśmy się w swoje strony, ja zabrałem się z ekipą na Mikule odprowadzając po drodze Kubusha.
Następnie dotarliśmy pod willę Piernika, gdzie pożegnaliśmy się z Scudem i Piernikiem. A my z Danielem pojechaliśmy jeszcze na małą rundkę honorową przez OMG, zahaczając po drodze o niszczejący szyb na terenie byłej KWK Mikulczyce.
Gdy już zwiedziliśmy to miejsce, pomknęliśmy dalej przez OMG planując przejazd przez ścieżkę rowerową koło nowej strefy ekonomicznej.
Po drodze natknęliśmy się na parę w wozie, która najwidoczniej nie trafiła w zakręt i utknęła autem w błocie. W ramach dobrych uczynków postanowiliśmy im pomóc, dodatkowym aspektem za pomocą, była marka samochodu :D W końcu Rover też ma jakiś rowerowy motyw w nazwie prawda ?:D
We dwóch ciężko było wydostać go z pułapki. Na szczęście przejeżdżający kierowca widząc dwóch odblaskowych rowerzystów, zmagających się z autem, postanowił pomóc. Chwilę później po Roverze zostały tylko głębokie bruzdy w błocie i swąd palonego sprzęgła.
Bogatsi o dobry uczynek, pojechaliśmy dalej i rozstaliśmy się na rondzie im. Nikogo
Do domu dojechałem cało i zdrowo, a przed schowaniem roweru zrobiłem mu jeszcze mała sesję w śniegu.
To tyle na dziś. Tak minął mi piątek trzynastego na rowerze :D
Pozdro
sobota, 7 stycznia 2012
Prawie jak zima, czyli Gliwicka Masa Krytyczna
Oj tak zima trzyma ... ale tylko na kartkach w kalendarzu. Bo jeśli brać pod uwagę śniegi i mrozy, to w tym roku zima po raz kolejny zaskoczyła drogowców i ... nie przyszła :D
Wstałem dziś dość późno i nie wiem czy to za sprawą pogody, czy może tego że ostatnio dość późno się kładę. W każdym bądź razie, do masy miałem jeszcze sporo czasu i postanowiłem wymienić kolejną szprychę, którą to ostatnio, była pękła w bliżej mi nieznanym momencie.
Przeszedłem więc z domu do warsztatu, pokonując po drodze wiatr i śnieg z deszczem, po czym zabrałem się za naprawę. Cała operacja polegała na zdjęciu koła, zdemontowaniu tarczy i kasety a następnie zamontowaniu szprychy w wolne miejsce i skręceniu tego wszystkiego do kupy.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym sobie tak prostej czynności nie utrudnił. Tak więc postanowiłem przeczyścić koło i kasetę, dzięki czemu operacja trwająca zazwyczaj nie więcej niż 15 min zabrała mi ponad 40 min jak nie więcej.
Tak czyszcząc i przymarzając do krzesła, przyjrzałem się lepiej tylnej przerzutce i jej hakowi który jak zwykle wykazywał oznaki skrzywienia. Co prawda od dłuższego czasu podejrzewałem że coś znowu się tam niedobrego dzieje, bo biegi zaczynały wykazywać pewną losowość w ustalaniu swojej pozycji.
Prawie jak biegi w poczciwym Ikarusie, swoją drogą jestem pełen podziwu dla kierowców tych maszyn, że potrafią bezbłędnie trafić w właściwy bieg, półmetrowym drążkiem latającym luźno we wszystkich kierunkach.
Ale wracając do naprawy. Po wyczyszczeniu zabrałem się za prostowanie haka, ale przy okazji zauważyłem że sama przerzutka też nie miewa się najlepiej, bo oberwała już ładnych parę razy, do tego zaliczyła wkręcenie się w szprychy, no i bliższe spotkanie z asfaltem, że o tych wszystkich razach gdy robiła za podpórkę nie wspomnę.
Oj nie ma zemną łatwego życia ta przerzutka, ale cóż, nie planowałem jej pieścić ustawiać w gablotce tylko z niej korzystać.
Po tych wszystkich naprawach i sprawdzeniu czy wszystko działa, zrobiłem parę kółek po podwórku i po stwierdzeniu że napęd działa i daje możliwość rozpędzenia się w kierunku bramy wjazdowej, a hamulce skutecznie przed tą bramą zatrzymują, schowałem rower do warsztatu.
W okolicach piątej zacząłem się zbierać i ubierać, jak na nie wiadomo jak ciężką zimę, spodenki rowerowe(dla komfortu jazdy po długim czasie bez roweru), dżinsy, glany, koszulka rowerowa, polar, kominiarka i kurtka przeciwdeszczowa, niestety w tej grubszej wersji. Patrząc na termometr ubrałem się akurat. Sęk w tym, że w takim stroju miałbym komfort cieplny tylko na postoju. Gdy zacząłem jazdę szybko okazało się że ubrałem się za ciepło niestety. Ale na szczęście tragedii nie było. Tylko trochę się spociłem i okulary parowały mi bardziej niż zwykle.
Gdy już byłem pod domem Serafina, podjechał Piernik, a po krótkiej chwili dojechał także Serafin.
Ruszyliśmy wpierw dotankować powietrze do Serafinowego koła na pobliskim BP(a to chyba skrót od Bike Pomp). Już na tym odcinku do stacji, odkryłem że coś niedobrego dzieje się z napędem. Ale nie przejmowałem się tym za bardzo i jechałem dalej w trzyosobowym peletonie.
Trasa do Gliwic przebiegła nam sprawnie, nie licząc mojego przemoczenia spowodowanego kałużami i woda pryskającą z pod kół.
Dojechaliśmy na miejsce sporo przed czasem, więc mieliśmy sporo czasu na przywitanie się ze wszystkimi których i tak nie było za wiele. Ale nie pobiliśmy na szczęście Zabrzańskiego rekordu najmniejszej liczby uczestników.
Wybiła godzina osiemnasta i zazwyczaj o tej godzinie ruszaliśmy. Niestety tym razem tak się nie stało, gdyż zawiodła Policja. Daro szybko rozdzwonił się po okolicznych komisariatach, bo zgodę na przejazd mieliśmy i zabezpieczenie w formie radiowozu też na papierze widniało.
Gdy Daro załatwiał obstawę, ja oddawałem się beztroskiej jeździe do o koła placu Krakowskiego, urozmaicając ją sobie od czasu do czasu, skokiem ze schodów lub próbą jazdy na tylnym kole.
Po chwili Daro wyjaśnił przyczynę nieobecności Policji. Okazało się że owszem radiowóz mamy i czeka na nas, ale na rynku niestety. Ale Darek załatwił to w mig i za chwilę na sygnale przyjechała wielka furgonetka i mogliśmy ruszyć na podbój miasta.
Tym razem masa jechała niespotykanie szybko, bo widocznie panom Policjantom się śpieszyło, ale jakoś nie szczególnie mi to przeszkadzało. Bo pierwszy raz miałem okazję jechać w tunelu aerodynamicznym za radiowozem na sygnale, było to szczególnie przyjemne ze względu na wiatr, który jak to zwykle bywa wiał w ryj, a tak furgonetka przejmowała go na siebie. Miejscami na trasie jechaliśmy ponad 30km/h, niby niewiele ale jak na spokojny zazwyczaj przejazd masy, to bardzo szybko.
Przejazd minął ekspresowo i przyjemnie. Atmosfera była niesamowicie przyjemna, śmiechów i pogawędek było bardzo dużo, innymi słowy klimat taki jaki być powinien na masach.
Gdy już dojechaliśmy na plac Krakowski zaczęliśmy się żegnać i rozjeżdżaliśmy się każdy w swoją stronę. W drodze na Mikule towarzyszył nam McAron, który zawrócił dopiero w Maciejowie. A mi cały czas tylna przerzutka płatała psikusy, wydając dźwięki, jak to Serafin ujął "rżącego kucyka". Jak dla mnie brzmiało to bardziej jak łańcuch mielący przerzutkę, ale może być i kucyk :D
Po odprowadzeniu Piernika na jego włości, Serafin odprowadził mnie pod bramę mego domostwa, a sam udał się na swoją rundkę honorową.
Tak oto minął mi pierwszy dzień na rowerze w tym nowym 2012 roku
Pozdro i do zobaczenia gdzieś na rowerze
Wstałem dziś dość późno i nie wiem czy to za sprawą pogody, czy może tego że ostatnio dość późno się kładę. W każdym bądź razie, do masy miałem jeszcze sporo czasu i postanowiłem wymienić kolejną szprychę, którą to ostatnio, była pękła w bliżej mi nieznanym momencie.
Przeszedłem więc z domu do warsztatu, pokonując po drodze wiatr i śnieg z deszczem, po czym zabrałem się za naprawę. Cała operacja polegała na zdjęciu koła, zdemontowaniu tarczy i kasety a następnie zamontowaniu szprychy w wolne miejsce i skręceniu tego wszystkiego do kupy.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym sobie tak prostej czynności nie utrudnił. Tak więc postanowiłem przeczyścić koło i kasetę, dzięki czemu operacja trwająca zazwyczaj nie więcej niż 15 min zabrała mi ponad 40 min jak nie więcej.
Tak czyszcząc i przymarzając do krzesła, przyjrzałem się lepiej tylnej przerzutce i jej hakowi który jak zwykle wykazywał oznaki skrzywienia. Co prawda od dłuższego czasu podejrzewałem że coś znowu się tam niedobrego dzieje, bo biegi zaczynały wykazywać pewną losowość w ustalaniu swojej pozycji.
Prawie jak biegi w poczciwym Ikarusie, swoją drogą jestem pełen podziwu dla kierowców tych maszyn, że potrafią bezbłędnie trafić w właściwy bieg, półmetrowym drążkiem latającym luźno we wszystkich kierunkach.
Ale wracając do naprawy. Po wyczyszczeniu zabrałem się za prostowanie haka, ale przy okazji zauważyłem że sama przerzutka też nie miewa się najlepiej, bo oberwała już ładnych parę razy, do tego zaliczyła wkręcenie się w szprychy, no i bliższe spotkanie z asfaltem, że o tych wszystkich razach gdy robiła za podpórkę nie wspomnę.
Oj nie ma zemną łatwego życia ta przerzutka, ale cóż, nie planowałem jej pieścić ustawiać w gablotce tylko z niej korzystać.
Po tych wszystkich naprawach i sprawdzeniu czy wszystko działa, zrobiłem parę kółek po podwórku i po stwierdzeniu że napęd działa i daje możliwość rozpędzenia się w kierunku bramy wjazdowej, a hamulce skutecznie przed tą bramą zatrzymują, schowałem rower do warsztatu.
W okolicach piątej zacząłem się zbierać i ubierać, jak na nie wiadomo jak ciężką zimę, spodenki rowerowe(dla komfortu jazdy po długim czasie bez roweru), dżinsy, glany, koszulka rowerowa, polar, kominiarka i kurtka przeciwdeszczowa, niestety w tej grubszej wersji. Patrząc na termometr ubrałem się akurat. Sęk w tym, że w takim stroju miałbym komfort cieplny tylko na postoju. Gdy zacząłem jazdę szybko okazało się że ubrałem się za ciepło niestety. Ale na szczęście tragedii nie było. Tylko trochę się spociłem i okulary parowały mi bardziej niż zwykle.
Gdy już byłem pod domem Serafina, podjechał Piernik, a po krótkiej chwili dojechał także Serafin.
Ruszyliśmy wpierw dotankować powietrze do Serafinowego koła na pobliskim BP(a to chyba skrót od Bike Pomp). Już na tym odcinku do stacji, odkryłem że coś niedobrego dzieje się z napędem. Ale nie przejmowałem się tym za bardzo i jechałem dalej w trzyosobowym peletonie.
Trasa do Gliwic przebiegła nam sprawnie, nie licząc mojego przemoczenia spowodowanego kałużami i woda pryskającą z pod kół.
Dojechaliśmy na miejsce sporo przed czasem, więc mieliśmy sporo czasu na przywitanie się ze wszystkimi których i tak nie było za wiele. Ale nie pobiliśmy na szczęście Zabrzańskiego rekordu najmniejszej liczby uczestników.
Wybiła godzina osiemnasta i zazwyczaj o tej godzinie ruszaliśmy. Niestety tym razem tak się nie stało, gdyż zawiodła Policja. Daro szybko rozdzwonił się po okolicznych komisariatach, bo zgodę na przejazd mieliśmy i zabezpieczenie w formie radiowozu też na papierze widniało.
Gdy Daro załatwiał obstawę, ja oddawałem się beztroskiej jeździe do o koła placu Krakowskiego, urozmaicając ją sobie od czasu do czasu, skokiem ze schodów lub próbą jazdy na tylnym kole.
Po chwili Daro wyjaśnił przyczynę nieobecności Policji. Okazało się że owszem radiowóz mamy i czeka na nas, ale na rynku niestety. Ale Darek załatwił to w mig i za chwilę na sygnale przyjechała wielka furgonetka i mogliśmy ruszyć na podbój miasta.
Tym razem masa jechała niespotykanie szybko, bo widocznie panom Policjantom się śpieszyło, ale jakoś nie szczególnie mi to przeszkadzało. Bo pierwszy raz miałem okazję jechać w tunelu aerodynamicznym za radiowozem na sygnale, było to szczególnie przyjemne ze względu na wiatr, który jak to zwykle bywa wiał w ryj, a tak furgonetka przejmowała go na siebie. Miejscami na trasie jechaliśmy ponad 30km/h, niby niewiele ale jak na spokojny zazwyczaj przejazd masy, to bardzo szybko.
Przejazd minął ekspresowo i przyjemnie. Atmosfera była niesamowicie przyjemna, śmiechów i pogawędek było bardzo dużo, innymi słowy klimat taki jaki być powinien na masach.
Gdy już dojechaliśmy na plac Krakowski zaczęliśmy się żegnać i rozjeżdżaliśmy się każdy w swoją stronę. W drodze na Mikule towarzyszył nam McAron, który zawrócił dopiero w Maciejowie. A mi cały czas tylna przerzutka płatała psikusy, wydając dźwięki, jak to Serafin ujął "rżącego kucyka". Jak dla mnie brzmiało to bardziej jak łańcuch mielący przerzutkę, ale może być i kucyk :D
Po odprowadzeniu Piernika na jego włości, Serafin odprowadził mnie pod bramę mego domostwa, a sam udał się na swoją rundkę honorową.
Tak oto minął mi pierwszy dzień na rowerze w tym nowym 2012 roku
Pozdro i do zobaczenia gdzieś na rowerze
Subskrybuj:
Posty (Atom)