czwartek, 10 maja 2012

Tydzień w Gliwicach

Zaczynając od zeszłego czwartku moją bazą wypadową, stały się Gliwice. Sam dojazd czyli nieco ponad 12km w 25min z wielkim plecakiem na plecach, mój nowy rekord.
Po przyjeździe szybko się rozgościłem i poszliśmy na miasto. Do lokalu Dobra Kasza Nasza, gdzie właściwie większość dań zawiera kaszę. Polecam pierogi z kaszą i grzybami  oraz naleśniki (te akurat wyjątkowo nie mają w sobie kaszy :D)
Potem do domu i przygotowania do wyjazdu na lotnisko. Wyjazd do Wrocławia był planowany na 3:00 i w sumie do tej godziny nie spałem, więc można powiedzieć że byłem zmęczony dość.
Nieco ponad godzina w samochodzie i walka z samym sobą żeby nie usnąć. Kiepskie samopoczucie potęgowały żołądkowe rewolucje, które towarzyszyły mi od samych Gliwic.
Po przeprawie przez autostrady, czekała nas przeprawa przez nocny Wrocław w którym byłem pierwszy raz. Na szczęście nie musiałem prowadzić, więc jedynie wspomagałem wyszukiwanie tablic z napisem "Port lotniczy". Po chwili źle skręciliśmy i jechaliśmy jakąś ulicą, która nagle się skończyła.
Tak jak i ścieżka rowerowa  która biegła obok. A ja myślałem że tylko ścieżki rowerowe się kończą nagle w polu. W nocy wyglądało to jak koniec świata z ograniczeniem do 40 i zakazem parkowania :D
Gdy już wróciliśmy na właściwa drogę dotarliśmy do rozwidlenia. W jedną stronę było lotnisko i punkt przeładunkowy Cargo, a w drugą tabliczka prowadziła nas na Terminal lotniczy. Zdecydowaliśmy że terminal jest naszym celem, bo  w sumie gdzieś trzeba się odprawić i w ogóle. Po przyjeździe pod terminal, zastaliśmy pusty przeszklony  budynek z włączonymi paroma światłami i ochroniarzem w środku.
Po chwili spostrzegliśmy kartkę, informująca nas o zmianie terminala na ten przy lotnisku. Szybko wskoczyliśmy do auta i jechaliśmy na lotnisko.
Po paru rondach i kilku kilometrach asfaltu, dotarliśmy na parking gdzie ktoś artystycznie skrzywdził drzewa i zrobił z nich geometryczne kształty które jakoś nie przypadły mi do gustu.
Samo lotnisko bardzo mi się podobało, wielkie przestrzenie a mimo to jakoś przytulnie, podłoga sprawiała wrażenie sterylnie wręcz czystej, w porównaniu z dworcami kolejowymi czy innymi, ciekawe doznanie.
  Służby porządkowe działały tak sprawnie że nawet źle zaparkowany wózek nie obronił się przed blokadami mandatami :D

Po pożegnaniu Mamy od Agnieszki ruszyliśmy do wyjścia, kupując po drodze energetyki by jako tako jeszcze wytrzymać podróż powrotną, brak snu coraz bardziej doskwierał.
Wsiadamy do auta podjeżdżamy do bramki i wkładamy bilet. Reakcji barierki nie widać, za to na ekranie widnieje nakaz zapłaty za postój. Tylko gdzie My mamy za to zapłacić. Przy wyjściu z lotniska widzieliśmy jakiś automat, więc szybko parkujemy auto z powrotem  i idziemy szukać automatu który zedrze z nas ostatnie pieniądze.

Po obrobieniu nas z ostatniego złomu w portfelu, automat wydał nam bilecik który upoważniał do opuszczenia lotniska. Idąc w stronę auta jeszcze raz spojrzałem na samoloty oczekujące w kolejce do odlotu.


By nie błądzić już po Wrocławiu jak parę godzin temu, uruchamiam GPSa w Nokii który sprawnie prowadzi nas do autostrady, którą dotarliśmy do samych bram Gliwic, a następnie do domu.

Chwila snu i przyszedł brat Agnieszki zwany też Młodym, który dodatkowo uszczuplił nam zasoby snu do absolutnego minimum.
Gdy już udało nam się zwlec z łóżka zadzwoniliśmy by sprawdzić jak minął lot Mamie Agi. Następnie przyszedł czas na obiad autorstwa mej ukochanej, po którym nabraliśmy sił na przejazd Gliwickiej Masy Krytycznej na start której miałem dziś wyjątkowo blisko. 
Zebraliśmy się więc i ruszyliśmy na plac Krakowski gdzie napotkaliśmy Serafina na niezwykłym pojeździe,

 Okazało się że ten piękny rower jest stworzony przez jednego z masowiczów, góry w garażowych warunkach, spawał, szlifował i malował go według własnego projektu przez ponad rok. Maszyna ma wiele ciekawych rozwiązań jak na przykład felga koła, składa się z dwóch stalowych felg rowerowych zespawanych ze sobą a następnie każda z nich jest zapleciona na "słoneczko" co daje niesamowity efekt i szerokość. 
Idealnie dopasowany do stylistyki jest także licznik analogowy, bardzo rzadko spotykany w rowerach, prawdę mówiąc drugi raz widziałem w życiu tego typu licznik. Przy czym ten stylistycznie podobał mi się o niebo lepiej niż ten który kiedyś widziałem na rowerku treningowym.
Po zachwytach rowerowych przyszedł czas na start masy. Tym razem trasa była bardzo zawiła i urozmaicona. 












Masa minęła nam bardzo przyjemnie mimo pogody i awarii jednego z uczestników po drodze. Na zakończenie odprowadziliśmy jeszcze nowo-zapoznanego rowerzystę na jego wspaniałym jednośladzie, aż w okolice małego kościółka i ruszyliśmy odebrać Młodego z treningu.
Potem przyjemny wieczór i spokojny sen, który był nam potrzebny jak mało kiedy.

W sobotę mieliśmy zaplanowany wypad na Orlika z Młodym żeby się wyszumiał, bo w końcu trzeba młodzieży jakoś zagospodarować czas, by nie obrosła tłuszczem i nie wpadła w nałóg komputerowy. 






Po zagospodarowaniu czasu na sport i rekreację przyszedł czas na powrót z zahaczeniem o Maca w celach konsumpcyjno-fizjologicznych. Tym od tego dnia własnie mam wielkiego focha na Maca, człowiek przychodzi na chwilę z odliczoną gotówką, złotych dziewięć by zjeść nie najgorsze lody z polewą toffi, a tu słyszy od miłej pani: 
-To wszystko ??
-Tak
-(podczas podawania drobniaków z kieszeni) Należy się 12 złotych
-Przepraszam to ile kosztują te lody?
-4zł...
-(w tym momencie wyjmując brakującą sumę i przekazując pani z irytacją w głosie mówię) Proszę...

Tym samym Mac upadł w moich oczach na samo dno cenowe i jeżeli nie będę zmuszony okolicznościami przyrody do skorzystania, ichniejszej toalety, będę rozważał oznaczenie drzwi. 

W czasie powrotu nawiedziliśmy także park Chopina, a następnie przechodząc koło palmiarni zawitaliśmy także na placu zabaw by uwolnić jeszcze na chwile dzieci w nas zawarte.
W tym samym czasie niebo strasznie pociemniało i nadciągnęła na nas wielka burzowa chmura, z której co rusz wydobywały się złowieszcze pomruki i błyski.
Powzięliśmy więc strategiczny odwrót na dom, gdzie dotarliśmy przed deszczem. A podczas wyrzucania śmieci, byłem świadkiem niesamowitego spektaklu i gry świateł na niebie, jakie zafundowała mi natura. Przyznam że dawno już takich efektów nie widziałem.

Tak pokrótce można skomentować sobotę.

Niedziela także minęła nam pod znakiem sportu i rekreacji bo po śniadaniu, które w ramach niedzielnego odprężenia zrobił nam Młody (o siódmej rano w niedzielę :/).
Po śniadanku ruszyliśmy na spotkanie z kolegą Młodego. Ja na Dexterze, Aga na Rolkach a Młody ... z Buta.



W okolicach rynku gdy doszedł do nas kolega Młodego i przekazał mu Rolki wyczynowe, pojechaliśmy  poszukać jakiejś fajnej miejscówki do jeżdżenia i skakania.



Koniec końców i tak trafiliśmy na Kraka i jego okolice,










Po powrocie do domu okazało się że zapomnieliśmy wyciągnąć mięsko na szaszłyki z zamrażarki a fajnie byłoby coś zjeść po tak męczącym dniu. Postanowiłem więc na szybko zrobić naleśniki by mięsko mogło spokojnie się rozmrozić.

A potem gdy już tylko mięsko zaczęło wykazywać chęci do kulinarnej współpracy zabraliśmy się za robienie przysmaków.
Tym razem padło na spagetti





  Minęła niedziela :D

W poniedziałek, 
Po porannych przygotowaniach, ruszyliśmy do Zabrza. Aga na projekt, a ja na zakupy w Biedronce którą złośliwe mi zamknęli.
Potem szybko do Gabinetu kosmetycznego Mamy Agnieszki, gdzie spędziliśmy prawie cały dzień. Dalej ruszyliśmy z Młodym do domu, gdzie znów dogadzaliśmy sobie kulinarnie, tym razem wzorując się na daniach z Dobrej Kaszy Naszej, zmieniając kasze na ryż, zrobiliśmy pysznego kurczaka, do tego sałatka i ryż z curry.


Jednym słowem kolejny dzień dobroci na talerzu. 
No i zapomniałbym o przekąsce podczas filmu. Jakoś po przyjeździe do Gliwic zrobiłem sos czosnkowy, który przegryzł się przez te parę dni i nabrał takiej mocy, że żeby go zjeść Aga osłabiła go jogurtem. Ale i tak jego moc przerosła oczekiwania Młodego :P Minął Poniedziałek 

Wtorek w sumie minął nam w gabinecie, gdzie wysilaliśmy inwencję twórczą, i reklamowaliśmy gabinet na facebooku.



Dzień minął nam bardzo szybko i po powrocie jak zwykle zabraliśmy się za pichcenie, tym razem powtórka z piątku, bo dobre szybkie i przyjemne danie można zjeść w niewielkich odstępach czasu. 
Brokuły z makaronem, serem i przyprawami, mówię wam Pycha :D
Tylko mycie garnka po takiej ilości sera trwa dość długo :D Ale warto było.
Na koniec jeszcze w ramach kolacji przysmak z jabłek i kruchego ciasta z cynamonem, a do tego lody orzechowe...

Tak smacznie zakończyliśmy wtorek :D

Środa, podobnie jak wtorek także minęła nam w gabinecie, jednak po pracy, ruszyliśmy z Młodym do Dobrej Kaszy Naszej, skorzystać z kuponów na darmowe dania tam serwowane, które to kupony wygraliśmy jakiś czas temu.
Po wszystkim powrót do domu i odprowadzenie Młodego na trening szermierczy, po czym gdy tylko zjawiliśmy się w domu, przyjechał Serafin by wspólnie porowerowerować po Gliwicach. 
Aga w tym czasie mogła odpocząć ode mnie na balkonie, w pięknych okolicznościach natury i buszując po internecie.
Ja tym czasem ruszyłem z Serafinem na podbój serwisówki, a następnie lotniska. Pogoda była wręcz wymarzona na rower i fotki. Zresztą zobaczcie sami.























Po przejażdżce, rower Serafina wraz z moim wylądowały w rowerowni i ją wypełniły :D Bo dobry to dom gdzie rowery są :P A jak są pod kluczem, mają stałą temperaturę i mają sucho, to już w ogóle jest super :D
Potem w czwórkę zjedliśmy zimny deser, w czasie przegrywania około 3Giga  fotek wypuściliśmy Serafina by nie wracał po nocach...

Tak oto mija mi środa, przede mną jeszcze czwartek i piątek a w ten akurat wypada Zabrzańska Masa Krytyczna, potem szkoła i parce kontrolne. Więc pewnie jeszcze coś skrobnę, po czasie jak zwykle :D

Pozdro

wtorek, 1 maja 2012

Misja Kopiec

Poranek ze śniadaniem w ogrodzie, opalanie, potem szybkie przygotowanie do wyjazdu i misja "Kopiec". Tak w skrócie wyglądał pierwszy dzień naszej majówki.

Wczoraj wieczorem pojechałem do pracy Agi, by nie musiała jechać sama po nocach. Na miejscu czekały na mnie lody marki FRUGO (tak wiem to się robi dziwne uzależnienie co najmniej).
Po chwili już kręciliśmy na radiostację, w ramach wieczornego rowerowania. Po wsunięciu lodów gdy okazało się, że noce jeszcze mają temperaturę mało sprzyjającą siedzeniu, ruszyliśmy do mojej bazy wypadowej.

Z rana po dłuższym wstawaniu poszliśmy zjeść śniadanie na dworze i poopalać się chwilę w ramach sjesty po obfitym posiłku.
Koło 12 przyszedł czas na zaplanowany wypad rowerowy.
Misja na Dziś była prosta i przyjemna, Radzionków, Księża Góra, Park, Kopiec Wyzwolenia a jak czas i chęci pozwolą wypoczynek nad zalewem w Świerklańcu.
A wszystko to możliwie jak najdalej cywilizacji i ruchu miejskiego, lasami, na spokojnie z licznymi postojami by nie zmęczyć się przypadkiem bo to w końcu ma być majówka a nie wyścig.

Już na starcie urozmaiciłem nieco plan, o miejscówkę którą Aga się zauroczyła przeglądając moje fotki na komputerze.
Dodatkowo zwiedziliśmy ul Kościuszki i przyległe do niej stawy, Wiadukt, Niedorobiony nowy park na Hałdzie między Mikulami a Biskupicami.

Następnie ruszyliśmy standardowo, w planach miałem jazdę możliwie jak największą liczbą ścieżek rowerowych i szlaków dla rowerow przystosowanych.
Tak więc jazda rowerówką relacji Mikule-Rokita, Na rondzie im "Nikogo" Wbijamy na rowerową autostradę relacji Mikule-OMG.
Potem w Lewo ulicą i na czerwony szlak rowerowy przeistaczający się w niebieski. W ten oto sposób dotarliśmy do zajazdu/restauracji Pod Dębem.


Znabyliśmy za kwotę która do przyjemnych nie należała, coś do picia by wystarczyło przynajmniej do parku w Księżej Górze.
Po dłuższej chwili pojechaliśmy dalej jak prowadziły szlaki, spokojnie bez pośpiechu dla czystej przyjemności. Po skierowaniu się na Bytom przywitały nas podjazdy które jak zwykle uprzykrzają nieco życie. Po zażyciu podjazdów na początek mogłem przygotować mentalnie mą lubą na to co czeka Ją w Księżej Gorze za wiaduktem a jeszcze przed parkiem.
Na widok górki słyszałem "Ty sobie żartujesz!!??" Uśmiechnąłem się i kontynuowałem wspinaczkę, która dziś szła mi wyjątkowo sprawnie.

 Po dojeździe jeszcze mały podjazd do parku i postój po małym zjeździe, by odzyskać siły i uzupełnić wypoconą wodę.

Trochę tam posiedzieliśmy i ruszyliśmy na kopiec który był dzisiejszym celem. Po wyjechaniu z krzaczorów przywitał nas piękny widok, choć z racji na brak wiatru i okrutnie parującą ziemie, nie był to taki widok na jaki liczyłem, ale na Adze zrobił wrażenie :P

Po dojechaniu pod kopiec następnym wyzwaniem mającym być uwieńczeniem dzisiejszej wycieczki miał być wjazd na kopiec.
Uciekałem jak mogłem pod gorę, ale Aga siedziała mi na kole i bez większego problemu by mnie wyprzedziła gdyby było miejsce :D
Gdy dojechaliśmy na sam szczyt, mogliśmy nareszcie chwilę odpocząć. Towarzyszyły nam stada motyli latających wszędzie wokoło, nie zwracając na nas uwagi.
Szczególnie żywe i liczne były pewne żółte motyle, których do tej pory nie widywałem w okolicy, duże, żółte z czarnymi obwódkami na skrzydłach, o dość specyficznej ich budowie.
Na miejsce dotarliśmy nieco przed 15 więc jechaliśmy niemiłosiernie długo, ale to dobrze bo w sumie tak powinna wycieczka dla relaksu wyglądać. Po 15 ruszyliśmy do domu i dotarliśmy w niecałą godzinkę z małym postojem kolo fontanny w Radzionkowie, by kupić za chwilę w jedynym otwartym sklepie, coś do picia.
Potem po wypiciu energetyków o smaku Mojito ruszyliśmy z kopyta by dojechać na czas do domu.
A w domu rozpalał się już Grill na którym Karczek, Krupnioki i sałatka wiodły prym :P
Na zakończenie dnia podczas imprezy zaczęła się burza z ulewą, ale choćby się paliło i waliło grilla nie zgasimy, show must go on. Po jakimś czasie deszcz przestał padać, i zrobiło się chłodniej, ale po całym dniu  już nie myśleliśmy o niczym innym jak o spaniu :P

PS: licznik przeskoczył o kolejną cyferkę do przodu, i teraz rower ma 8003km przejechane :D

To tyle z pierwszego dnia majówki.
Pozdro :D

niedziela, 29 kwietnia 2012

Szybka pętla

Po odmóżdżeniu w szkole umówiłem się z Serafinem na małe rowerowanie, w ramach jego rehabilitacji po ostatnim osłabieniu.
Zmieniłem w końcu opony na letnie i wyregulowałem hamulce, co zmniejszyło opory toczenia prawie do zera, co było bardzo przyjemne. Przez przypadek czyszcząc amortyzator spadła mi kropla oleju na tarczę i opory przedniego hamulca też spadły, co już nie było takie fajne. Szmatka z acetonem,  parę ostrzejszych hamowań i powoli hamulce zaczęły wracać do normy (ale daleko im jeszcze do niej).

Przed przyjazdem pod okna Serafina, postanowiłem zrobić parę rundek, żeby zobaczyć czy regulacje i wymiana opon poprawiła czy pogorszyła trakcję. Po paru miesiącach jazdy na terenowych oponach Racekingi były zupełnie innym doświadczeniem, miękko, płynęły po drodze, nic nie wydawało dźwięków przelatującego stada wściekłych szerszeni, nie było już wibracji powodujących luzowanie się wszystkich śrubek, kości, stawów i innych części.
Po chwili stałem już pod domem Serafina, który już się zbierał do wyjścia.
Gdy już się zebraliśmy i podjęliśmy strategiczną decyzję, z prawej wieje to jedziemy w lewo.
Tak oto padł pomysł zwiedzania dolomitów, a narodził się pomysł wpadnięcia na Czechowice, który ostatecznie utrzymał się do samych Czechowic.
Po drodze wiatr skutecznie nas spowalniał, aż dojechaliśmy do drogi łączącej Szałszę z Przezchlebiem, gdzie wiatr stał się sprzymierzeńcem, wiał z tyłu, lekko chłodził, podczas jazdy był praktycznie niewyczuwalny. Jedynie licznik wskazywał że coś dziwnie szybko jedziemy, dziwnie małym nakładem sił. 35km/h do 40 bez wysiłku i do tego lekko pod górkę. Takie rzeczy często się nie zdarzają. Niestety po chwili skręciliśmy w boczną ścieżkę która prowadziła na hałdę.
Chwila jazdy i już byliśmy na szczycie, gdzie roiło się od motocyklistów na crossach. W przerwach między przejeżdżającymi motocyklami chciałem zrobić parę fotek, jak się okazało miałem zapasowe Eneloopy w torbie, miałem aparat z pełnymi bateriami, ale komunikat "brak karty pamięciowej" skutecznie utrudnił mi robienie zdjęć :P
Pozostała tylko Nokia :P


Po chwili stania na słońcu ruszyliśmy dalej, ku wodzie i jej chłodzie. Szybki zjazd z hałdy przyprawił mnie o mocniejsze bicie serca. Odwykłem już chyba od szutru, kolein i prędkości nań ponad 40km/h.

Po tym jak cało i zdrowo przejechaliśmy etap terenowy wyprawy, czas na chwilę plażowania, a przynajmniej tak myślałem, zanim dojechaliśmy do plaży. Bo tam ludzi było tyle że nie było gdzie koła wcisnąć a co dopiero się rozłożyć.
Od strony polany nie lepiej, pod tonami ludzi nie było widać zieleni trawy. Jako że z Serafinem podobnie jak i ja, nie znosi tłumów, bez zatrzymywania się szybko uciekliśmy z tego przeludnionego miejsca.

Po paru podjazdach i zjazdach na Toszeckiej, wyprzedzeniu pojazdu do malowania pasów i zwinnym pokonaniu nowo budowanego ronda. Ruszyliśmy prawie pustą Zwycięstwa w stronę rynku, by zerknąć jak wyglądają wykopaliska kolo kościoła.

Po tym zawitaliśmy do pracy mojej lepszej połówki, gdzie przywitała nas klimatyzacja :P Co przy tej temperaturze,
Było niezmiernie przyjemne. Nie będę narzekał na to że jest gorąco, bo długo narzekałem że jest zimno, więc nie będę hipokrytą i póki co będę się cieszył pogodą jaka jest aktualnie.

Po krótkiej rozmowie, gdy klienci przyszli, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy powoli ku domowi, bo jak na Serafinowy rozruch to i tak dużo było.
Jeszcze po drodze zaliczyliśmy postój na stacji by zatankować trochę powietrza...

Potem szybko do domu z zahaczeniem o biedronkę, by kupić trochę zajebistej na inauguracyjnego grilla u mnie na podwórku.

To tyle na dziś, miłej majówki :P
Pozdro