Rodzinka od dłuższego czasu straszyła mnie tym, że chce pomalować dom na jakiś fajny kolor. Więc już wiedziałem że będę miał co najmniej dwa dni z życia wycięte. Z znajomym fachowcem, zabraliśmy się za robotę. Nie ma to jak cały dzień na bujającym się rusztowaniu, pod nieizolowanymi kablami (bo do mnie jeszcze taka nowinka, jak kable podziemne, nie dotarła), albo w bliskim sąsiedztwie gniazda, przyjaźnie nastawionych, ciekawskich os. Gdyby tego było mało, cały czas chodził mi po głowie telefon od Agi, w sprawie rowerowego wypadu na Czechowice, na który bardzo chciałem się wybrać. Jak tu się skupić na malowaniu, gdy takie atrakcje przechodzą koło nosa ??
Na dodatek wczoraj, wszystkie znaki na necie i w radiu, mówiły o nadejściu strasznej nawałnicy i silnych wiatrów połączonych z intensywnymi opadami. Gdy zaczęło wiać na tyle mocno że rusztowanie zaczynało się chwiać bardziej niż zwykle, a niebo zaszło chmurami. Powzięliśmy strategiczny odwrót i rozebraliśmy rusztowania.
Nieco popołudniu znajomy poszedł do domu i zaczęło się nieco przejaśniać. Wykorzystałem okazję i dziurę w chmurach, malując wszystko co miałem w zasięgu ręki do wysokości drabiny (bo samodzielne budowanie rusztowania trwa za długo)
Gdy farba w miarę przeschła znów zaczęło wiać, i tym razem lunęło aż miło.
Dziś z rana znów malowanie, ale wczoraj zrobiłem na tyle dużo, że wystarczyło dokończyć i o 13:00 ogólną robotę mogłem uznać za ukończoną. Z racji chwili czasu, jeszcze zdążyliśmy zasmołować wysuszoną papę na dobudówce.
Po chwili ojciec powiedział mi, żebym narysował linie i założył taśmę, by mógł zająć się malowaniem brązowego pasa na dole ściany. Po dłuższej chwili i tak malowanie spadło na mnie. Ale przynajmniej nie musiałem malować drobiazgów farbą olejną. Bo tym się ojciec zajął. I tak czekają mnie wykończenia w oknach ale to może na poniedziałek.
Gdy byłem w połowie malowania dostałem telefon od Serafina, z propozycją rowerowania. Po dłuższym namyśle i przeliczeniu pędzlo-farbo-godzin, wyliczyłem że wyrobię się na 15:00. Gdy tylko skończyłem malowanie, szybki prysznic (o ile farbę i smołę da się zmyć szybko) i co do minuty udało mi się wyrobić na ustaloną godzinę.
Wypad wiódł mikulczycko-rokitnickimi ścieżkami rowerowymi (swoją drogą trzeba będzie poszczególnym odcinkom nadać jakieś chwytliwe nazwy, by było wiadomo o którą ścieżkę chodzi). Następnie czerwony szlak na którym zrobiliśmy w końcu jakieś zdjęcia szybu Jan, który zazwyczaj mijamy by nie stresować tamtejszego psa(bo jak wiadomo pies ma napęd na cztery łapy i w terenie nie mamy z nim szans :P)
Po przeskoczeniu autostrady, jedziemy kawałek niebieskim szlakiem aż do zajazdu Pod Dębem (który mi się osobiście bardzo podoba)
Następnie wbijamy się na szlak żółty, wiodący wzdłuż torów kolejki wąskotorowej, która w tym roku nie ma lekko. Szkody górnicze nie tylko uszkodziły budynki, ale także powykrzywiały tory, na dodatek z powodu budowy autostrady ruch kolejki został wstrzymany. Na domiar złego, tory są rozkradane przez cholernych złomiarzy.
Po chwili gdy ponarzekaliśmy na polskie realia, dojechaliśmy w końcu na DSD, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę rozkoszując się piękną pogodą.
Po szybkim i bardzo terenowym przejeździe przez dolomity, pojechaliśmy do parku w Reptach. Gdzie chwilę pojeździliśmy, odwiedzając przy okazji szyby odwadniające "Sylwester" i "Ewa" oraz Masztalernię
Gdy już wyjechaliśmy z parku wjechaliśmy na bardziej ruchliwą drogę.
Po chwili zauważyliśmy tablicę/drogowskaz do pałacyku w Rybnej. Jest tablica więc musi być gdzieś nie daleko (pomyśleliśmy naiwnie). Pojechaliśmy więc i już po kilometrze zaczęliśmy się zastanawiać jadąc przez Laryszów gdzie jest ten pałac. Przecież to logiczne że Pałac w Rybnej musi znajdować się w Laryszowie ... Prawda ??
Jechaliśmy dość długo, aż w pewnym momencie już mieliśmy zapytać tubylca gdzie jest ten pałac, gdy wypatrzyłem podejrzany zakręt (jak widzę podejrzane zakręty to najczęściej coś ciekawego się za nimi znajduje). Zaproponowałem więc Serafinowi by jeszcze podjechać kawałek i zobaczyć co jest za zakrętem, tak zaglądamy a tu z za krzaka wyskakuje na nas ... pałac :P
Uznaliśmy jednogłośnie że nic ciekawego. Bo pewnie ludzie tam siedzący, miesięcznie wydają więcej na rzecz podatków, niż ja i Serafin mamy dochodów rocznych :D
Po wypatrzeniu mapy narysowanej niby to poprawnie,
zaczęliśmy jechać gdzieś w stronę kolejnej atrakcji.
Mimo że wiatr, wiejąc w ryj, wskazywał że jedziemy dobrze (a sadząc po jego sile to nawet bardzo, bardzo, bardzo dobrze). Pojechaliśmy ... źle. Jedyny plus tej trasy to gładziutki asfalt.
Po drodze przejechaliśmy przez różne wsie, zaliczając postój na ciepłego tymbarka i zmrożoną tabliczkę czekolady, by uzupełnić kalorie. Po tym posiłku w jakże dziwnej kombinacji. Pojechaliśmy dalej by zanotować kolejny postój na wzniesieniu w Księżym Lesie, rozkoszując się widokami i widocznością jak mało kiedy.
Mając lepszy sprzęt, pewnie można by było pooglądać sobie Beskidy, bo teraz jedynie widać cień na horyzoncie.
Gdy już nacieszyliśmy oko widokami, pojechaliśmy dalej w stronę Pyskowic, a następnie na Czechowice by odpocząć bo prawie 90 kilometrach, plus wcześniejsze skanie jak małpa po rusztowaniu, z wielką szczotą w dłoni, dało się odczuć w postaci bólu wszystkiego.
Tak więc pierwszy raz w tym roku miałem okazję popływać, a temperatura wody jak najbardziej temu sprzyjała, bo nawet ja, czyli bardzo ciepłolubne stworzenie, nie zmarzłem :D
Niestety dzień chylił się ku końcowi i czas najwyższy by wracać. Tak więc w promieniach zachodzącego słońca zaczęliśmy powrót.
Nie ujechaliśmy daleko i znaleźliśmy takie cudo.
Świeżo odremontowany mostek z zakazami chodzenia, przechodzenia, deptania, skakania i ogólnym zakazem wstępu, zobrazowanym na wszelkie możliwe sposoby, łącznie z dwoma fosami nie do przejścia :D
Jako że nie szliśmy, a jechaliśmy, mimo zakazów przejechaliśmy przez naszpikowane ostrym gruzem fosy i rozkoszowaliśmy się jazdą po nowym przybytku.
Droga powrotna minęła nam spokojnie przez Świętoszowice i Zabrzański szlak. Parę kilometrów przed domem, dostałem jeszcze wiadomość od Agi, z pytaniem czy wybiorę się na nockę przed wierzą w Gliwicach. Mimo szczerych chęci, po dojechaniu do domu ledwie się ruszałem, a mokre spodenki i buty tylko mnie dobiły.
Tak minęła mi sobota.
Pozdro
sobota, 20 sierpnia 2011
piątek, 12 sierpnia 2011
Jubileuszowa Zabrzańska Masa Krytyczna
Tak, tak, to już rok od czasu gdy pierwszy raz wyjechaliśmy całą masą na w miasto, by się pokazać i świetnie bawić. Tym razem z racji jubileuszu, wypadało mieć przebrania i różne inne ciekawe akcenty urozmaicające jazdę.
Na placu zebrało się około 120 osób, czyli niemały tłum. Sporo było również mediów. Widziałem fotografa z Dziennika Zachodniego, kamerę TVZ i wielu innych z bliżej niesprecyzowanych czasopism i gazet.
Po przywitaniu, zaczęły się rozmowy i przygotowywanie rowerów do podróży,
Z pomocą uszkodzonej lampce przyszło około 8 zipów i wygląda jak nowa :D W międzyczasie czasie na placu, robiło się coraz bardziej kolorowo.
Aż o godzinie 18:00 Serafin na moim zabytkowym Simsonie Suhl z 1956, ogłosił start imprezy.
Zaraz po tym cała grupa ruszyła na podbój miasta. Nie muszę chyba mówić że atmosfera była super jak zawsze ? :D
Tym razem finał nie znajdował się na placu Wolności jak to zwykle bywa. Dziś zawitaliśmy na Zabytkowej kopalni Guido,
Gdzie dostaliśmy poczęstunek w formie grochówki i herbatę/kawę (niepotrzebne skreślić). Ponadto dostaliśmy także mapy/przewodniki, po zabrzańskich trasach rowerowych.
Po otwarciu mapy można się było śmiać albo płakać, mimo że wiedziałem o wszystkich obiektach rowerowych w moim mieście, i wiedziałem że jest ich mało, to dopiero ta mapa uświadomiła mi że w Zabrzu po za Mikulczycko-Rokitnickim odcinkiem ścieżki rowerowej nie mamy nic. Reszta to tylko kawałek wydzielonego chodnika po którym chodzą piesi, i kilka kawałków znikąd donikąd, które razem może będą miały może 1,5km no i oczywiście duma urzędu miejskiego, czyli niebieski szlak rowerowy, który (o ile się nic nie zmieniło, ale nic na to nie wskazuje) jest słabo oznakowany, przebiega przez chaszcze i dzikie wysypiska śmieci, że o niebezpiecznych odcinkach drogi w Makoszowach nie wspomnę. Rodzinki bym na to nie narażał.
Co nie zmienia faktu że mapa może się przydać i można na niej wytyczyć swoje szlaki :D
Nie imprezowaliśmy za długo bo w planach był już tradycyjny after na hałdzie, tym razem był to after the after :D
Nie chcąc narażać na zniszczenia Simsona, ruszyliśmy z Serafinem i Piernikiem do w stronę domów, przebrać się i zmienić rower, po czym ruszyliśmy z kopyta do biedronki by kupić kiełbasę.
Potem to już tylko na hałdę i biesiadować ile wlezie :D
I tak w dość licznej grupie, przy blasku księżyca,
i ognichu
Czekaliśmy na deszcz Perseidów. Niebo było bezchmurne więc spodziewaliśmy pięknych widoków, nie wiem jak innym ale mi udało się zauważyć tylko jedną spadającą gwiazdę.
Po pewnym czasie zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów. Wraz z Piernikiem, wyruszyliśmy w okolicach godziny 23, zaliczając po drodze, na wysokości Mostostalu na Mikulczyckiej, chwilowy postój spowodowany kontrolą trzeźwości kierowców, jeszcze nigdy nie było mi dane dmuchać w alkomat ani w tą żółtą pałkę, więc byłem trochę ciekaw. Ale mili panowie Policjanci, gdy przyszła nasza kolej, powiedzieli że "Dziś rowerzyści mają odpust" :D Podziękowaliśmy ładnie i pojechaliśmy w dalszą drogę do domów.
Tak oto minęła mi trzynasta masa krytyczna w Zabrzu. Jak do tej pory mam stuprocentową frekwencję :D
Pozdro
Na placu zebrało się około 120 osób, czyli niemały tłum. Sporo było również mediów. Widziałem fotografa z Dziennika Zachodniego, kamerę TVZ i wielu innych z bliżej niesprecyzowanych czasopism i gazet.
Po przywitaniu, zaczęły się rozmowy i przygotowywanie rowerów do podróży,
Z pomocą uszkodzonej lampce przyszło około 8 zipów i wygląda jak nowa :D W międzyczasie czasie na placu, robiło się coraz bardziej kolorowo.
Aż o godzinie 18:00 Serafin na moim zabytkowym Simsonie Suhl z 1956, ogłosił start imprezy.
Zaraz po tym cała grupa ruszyła na podbój miasta. Nie muszę chyba mówić że atmosfera była super jak zawsze ? :D
Tym razem finał nie znajdował się na placu Wolności jak to zwykle bywa. Dziś zawitaliśmy na Zabytkowej kopalni Guido,
| Starszy od mojego i dalej na chodzie, rocznik 1937. Piękna maszyna :D |
Gdzie dostaliśmy poczęstunek w formie grochówki i herbatę/kawę (niepotrzebne skreślić). Ponadto dostaliśmy także mapy/przewodniki, po zabrzańskich trasach rowerowych.
Po otwarciu mapy można się było śmiać albo płakać, mimo że wiedziałem o wszystkich obiektach rowerowych w moim mieście, i wiedziałem że jest ich mało, to dopiero ta mapa uświadomiła mi że w Zabrzu po za Mikulczycko-Rokitnickim odcinkiem ścieżki rowerowej nie mamy nic. Reszta to tylko kawałek wydzielonego chodnika po którym chodzą piesi, i kilka kawałków znikąd donikąd, które razem może będą miały może 1,5km no i oczywiście duma urzędu miejskiego, czyli niebieski szlak rowerowy, który (o ile się nic nie zmieniło, ale nic na to nie wskazuje) jest słabo oznakowany, przebiega przez chaszcze i dzikie wysypiska śmieci, że o niebezpiecznych odcinkach drogi w Makoszowach nie wspomnę. Rodzinki bym na to nie narażał.
Co nie zmienia faktu że mapa może się przydać i można na niej wytyczyć swoje szlaki :D
Nie imprezowaliśmy za długo bo w planach był już tradycyjny after na hałdzie, tym razem był to after the after :D
Nie chcąc narażać na zniszczenia Simsona, ruszyliśmy z Serafinem i Piernikiem do w stronę domów, przebrać się i zmienić rower, po czym ruszyliśmy z kopyta do biedronki by kupić kiełbasę.
Potem to już tylko na hałdę i biesiadować ile wlezie :D
I tak w dość licznej grupie, przy blasku księżyca,
i ognichu
Czekaliśmy na deszcz Perseidów. Niebo było bezchmurne więc spodziewaliśmy pięknych widoków, nie wiem jak innym ale mi udało się zauważyć tylko jedną spadającą gwiazdę.
Po pewnym czasie zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów. Wraz z Piernikiem, wyruszyliśmy w okolicach godziny 23, zaliczając po drodze, na wysokości Mostostalu na Mikulczyckiej, chwilowy postój spowodowany kontrolą trzeźwości kierowców, jeszcze nigdy nie było mi dane dmuchać w alkomat ani w tą żółtą pałkę, więc byłem trochę ciekaw. Ale mili panowie Policjanci, gdy przyszła nasza kolej, powiedzieli że "Dziś rowerzyści mają odpust" :D Podziękowaliśmy ładnie i pojechaliśmy w dalszą drogę do domów.
Tak oto minęła mi trzynasta masa krytyczna w Zabrzu. Jak do tej pory mam stuprocentową frekwencję :D
Pozdro
wtorek, 9 sierpnia 2011
Zakręcony dzień
Cały dzień upływał mi pod znakiem koszenia i innych "przyjemności" ogrodowych. Gdy dochodziła godzina 16:00 na styk kończyłem wszystko co zacząłem i załapałem się na podwózkę pod halę Pogoni, gdzie zaprosił mnie Serafin na mecz piłki ręcznej.
Lekko spóźniony melduję się pod drzwiami, gdzie wita mnie Przyjaciel. Idziemy na trybuny gdzie rozsiadam się w z góry upatrzonej strategicznej pozycji. A Serafin idzie dalej wypełniać swoje służbowe obowiązki.
Ja w tym czasie obserwuje mecz.
Po meczu krótkie pożegnanie i wracam do domu. Z buta do centrum, gdzie jeszcze trafia mi się wizyta w Maku i dalej baną do domu.
Gdy tylko docieram i uruchamiam komputer, Serafin proponuje by pokręcić trochę na rowerze. Zgodziłem się i pojechaliśmy w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Po drodze jednak czuję że rower z tyłu zrobił się podejrzanie wygodny, po organoleptycznym sprawdzeniu tylnego koła stwierdziłem dwie atmosfery na palec. Czyli wygodnie, ale z dużym prawdopodobieństwem dobicia opony do felgi nawet na progach spowalniających. Podjechaliśmy więc na BP niedaleko w pobliżu niebieskiego szlaku. Gdzie zatankowałem dodatkowe powietrze, w bliżej niesprecyzowanej ilości, bo manometr jak zwykle fałszował, albo przegiąłem i obrócił się dwa razy, co wydawało się prawdopodobne gdy wjechałem na pierwszy próg spowalniający i odczułem to na tylnej części ciała. Zakręty też jakieś takie nieprzyczepne się zrobiły, więc spuściłem połowę ciśnienia po drodze.
W tym samym momencie mijał nas pociąg i pociągi dziś obraliśmy sobie za cel. Do węzła kolejowego dojechaliśmy dość szybko i Serafin przejął aparat.
Podczas tego sputingu dostałem informację od Agi że zaraz będzie na Mikulach, i wraz z Piernikiem oraz Skudem, będzie czyścić ramę Piernikowego tandemu. W tym czasie komary zaczynały swój wieczorny nalot, więc czym prędzej udaliśmy się w kierunku domu.
Na wysokości domu Piernika postanowiliśmy zajrzeć jak idą prace. Jak się okazało idą całkiem nieźle ale światła trochę brakuje, tak więc rzuciłem trochę swojego światła na sprawę :D
I tak około dwóch godzin do wyczerpania Eneloopów
Po pewnym czasie opuścił nas Serafin i dalej fotek już nie będzie :D Bo opuścił nas też aparat :P W każdym bądź razie nie wiem, czy przez opary preparatu do usuwania lakieru czy od tak sobie panował dobry humor :P
Żeby nie było, też mam w czyszczeniu tej ramy mały wkład :D Ktoś w końcu musiał oświetlać :D
Gdy latarka przechodziła w tryb <10% rozsiedliśmy się w Piernikowej Altance i jak zwykle śmiechom nie było końca.
Tak oto minął mi wtorek
Pozdro :D
Lekko spóźniony melduję się pod drzwiami, gdzie wita mnie Przyjaciel. Idziemy na trybuny gdzie rozsiadam się w z góry upatrzonej strategicznej pozycji. A Serafin idzie dalej wypełniać swoje służbowe obowiązki.
Ja w tym czasie obserwuje mecz.
Po meczu krótkie pożegnanie i wracam do domu. Z buta do centrum, gdzie jeszcze trafia mi się wizyta w Maku i dalej baną do domu.
Gdy tylko docieram i uruchamiam komputer, Serafin proponuje by pokręcić trochę na rowerze. Zgodziłem się i pojechaliśmy w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Po drodze jednak czuję że rower z tyłu zrobił się podejrzanie wygodny, po organoleptycznym sprawdzeniu tylnego koła stwierdziłem dwie atmosfery na palec. Czyli wygodnie, ale z dużym prawdopodobieństwem dobicia opony do felgi nawet na progach spowalniających. Podjechaliśmy więc na BP niedaleko w pobliżu niebieskiego szlaku. Gdzie zatankowałem dodatkowe powietrze, w bliżej niesprecyzowanej ilości, bo manometr jak zwykle fałszował, albo przegiąłem i obrócił się dwa razy, co wydawało się prawdopodobne gdy wjechałem na pierwszy próg spowalniający i odczułem to na tylnej części ciała. Zakręty też jakieś takie nieprzyczepne się zrobiły, więc spuściłem połowę ciśnienia po drodze.
W tym samym momencie mijał nas pociąg i pociągi dziś obraliśmy sobie za cel. Do węzła kolejowego dojechaliśmy dość szybko i Serafin przejął aparat.
Podczas tego sputingu dostałem informację od Agi że zaraz będzie na Mikulach, i wraz z Piernikiem oraz Skudem, będzie czyścić ramę Piernikowego tandemu. W tym czasie komary zaczynały swój wieczorny nalot, więc czym prędzej udaliśmy się w kierunku domu.
Na wysokości domu Piernika postanowiliśmy zajrzeć jak idą prace. Jak się okazało idą całkiem nieźle ale światła trochę brakuje, tak więc rzuciłem trochę swojego światła na sprawę :D
I tak około dwóch godzin do wyczerpania Eneloopów
Po pewnym czasie opuścił nas Serafin i dalej fotek już nie będzie :D Bo opuścił nas też aparat :P W każdym bądź razie nie wiem, czy przez opary preparatu do usuwania lakieru czy od tak sobie panował dobry humor :P
Żeby nie było, też mam w czyszczeniu tej ramy mały wkład :D Ktoś w końcu musiał oświetlać :D
Gdy latarka przechodziła w tryb <10% rozsiedliśmy się w Piernikowej Altance i jak zwykle śmiechom nie było końca.
Tak oto minął mi wtorek
Pozdro :D
niedziela, 7 sierpnia 2011
Super przejażdżka w super towarzystwie
Jakoś tak po południu, dostałem od Agi SMSa z pytaniem czy nie mam planów na okolice godziny 23:00 i czy nie podjechałbym pod radiostację. Jako że o tej godzinie poza spaniem, nie mam żadnych planów, zgodziłem się. Nie musiałem długo czekać i dostałem także informację od Piernika i Serafina że dziś będzie ognisko w tajemniczym ogrodzie Piernika.
Zebrałem się i poszliśmy na ognicho, gdzie w miłej atmosferze między drzewami, palimy zapasy pobliskiego drewna, siedząc i nie przejmując się komarami (których tam nie ma, a ich miejsce zajęły kleszcze), zewsząd otacza nas pełny zasięg 3,5G i hotspoty WiFi a to pomiędzy drzewami polami na zielonej trawce. Czegóż chcieć więcej ??
Po pewnym czasie dołącza do nas Daniel a chwilę później Skud.
Rozprawiamy o różnych dziwnych rzeczach, od kiełbasy "Pojebanej" (przeciwieństwo Zajebistej z Biedronki) aż po Zupę Romana :D
Gdy dochodziła już 22:00, zaczęliśmy się zbierać i czym prędzej ruszyliśmy na Gliwice, pod lokal Mexico którym włada Aga.
Po bardzo szybkiej podróży i zabraniu trofeów z drogi,
rozsiedliśmy się przed lokalem, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę, gadając jak zwykle o wszystkim i niczym.
Następnie podjechaliśmy pod wieżę radiową, gdzie rozsiedliśmy się na zielonej trawce,
I gapiąc się na wieżę, śmialiśmy się i żartowaliśmy.
Noc, trawnik, zacne towarzystwo, totalny luz, takie chwile lubię.
Następnego dnia zaczęliśmy się zbierać i odprowadzać Agę, pod jej wille, a następnie Skuda do skrzyżowania.
Dalej pomknęliśmy drogą 78. Pustą jak rzadko kiedy i nieoświetloną jak zwykle :D
Dwa Screemery dały radę. Dojechaliśmy cało i zdrowo do królestwa Daniela, gdzie około 2:00 pożegnaliśmy Barona tych włości, po czym z Piernikiem pomknęliśmy na Mikule.
Odprowadziwszy Piernika pod jego domostwo, pojechałem do domu gdzie odkryłem że, od Piernikowej działki wiozę pasażera na gapę, tak oto pierwszy raz w życiu złapałem (albo zostałem złapany przez) kleszcza.
Tak oto minęła mi super sobota i kawałek niedzieli.
Pozdro
Zebrałem się i poszliśmy na ognicho, gdzie w miłej atmosferze między drzewami, palimy zapasy pobliskiego drewna, siedząc i nie przejmując się komarami (których tam nie ma, a ich miejsce zajęły kleszcze), zewsząd otacza nas pełny zasięg 3,5G i hotspoty WiFi a to pomiędzy drzewami polami na zielonej trawce. Czegóż chcieć więcej ??
Po pewnym czasie dołącza do nas Daniel a chwilę później Skud.
Rozprawiamy o różnych dziwnych rzeczach, od kiełbasy "Pojebanej" (przeciwieństwo Zajebistej z Biedronki) aż po Zupę Romana :D
Gdy dochodziła już 22:00, zaczęliśmy się zbierać i czym prędzej ruszyliśmy na Gliwice, pod lokal Mexico którym włada Aga.
Po bardzo szybkiej podróży i zabraniu trofeów z drogi,
rozsiedliśmy się przed lokalem, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę, gadając jak zwykle o wszystkim i niczym.
Następnie podjechaliśmy pod wieżę radiową, gdzie rozsiedliśmy się na zielonej trawce,
I gapiąc się na wieżę, śmialiśmy się i żartowaliśmy.
Noc, trawnik, zacne towarzystwo, totalny luz, takie chwile lubię.
Następnego dnia zaczęliśmy się zbierać i odprowadzać Agę, pod jej wille, a następnie Skuda do skrzyżowania.
Dalej pomknęliśmy drogą 78. Pustą jak rzadko kiedy i nieoświetloną jak zwykle :D
Dwa Screemery dały radę. Dojechaliśmy cało i zdrowo do królestwa Daniela, gdzie około 2:00 pożegnaliśmy Barona tych włości, po czym z Piernikiem pomknęliśmy na Mikule.
Odprowadziwszy Piernika pod jego domostwo, pojechałem do domu gdzie odkryłem że, od Piernikowej działki wiozę pasażera na gapę, tak oto pierwszy raz w życiu złapałem (albo zostałem złapany przez) kleszcza.
Tak oto minęła mi super sobota i kawałek niedzieli.
Pozdro
Subskrybuj:
Posty (Atom)