Oj tak zima trzyma ... ale tylko na kartkach w kalendarzu. Bo jeśli brać pod uwagę śniegi i mrozy, to w tym roku zima po raz kolejny zaskoczyła drogowców i ... nie przyszła :D
Wstałem dziś dość późno i nie wiem czy to za sprawą pogody, czy może tego że ostatnio dość późno się kładę. W każdym bądź razie, do masy miałem jeszcze sporo czasu i postanowiłem wymienić kolejną szprychę, którą to ostatnio, była pękła w bliżej mi nieznanym momencie.
Przeszedłem więc z domu do warsztatu, pokonując po drodze wiatr i śnieg z deszczem, po czym zabrałem się za naprawę. Cała operacja polegała na zdjęciu koła, zdemontowaniu tarczy i kasety a następnie zamontowaniu szprychy w wolne miejsce i skręceniu tego wszystkiego do kupy.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym sobie tak prostej czynności nie utrudnił. Tak więc postanowiłem przeczyścić koło i kasetę, dzięki czemu operacja trwająca zazwyczaj nie więcej niż 15 min zabrała mi ponad 40 min jak nie więcej.
Tak czyszcząc i przymarzając do krzesła, przyjrzałem się lepiej tylnej przerzutce i jej hakowi który jak zwykle wykazywał oznaki skrzywienia. Co prawda od dłuższego czasu podejrzewałem że coś znowu się tam niedobrego dzieje, bo biegi zaczynały wykazywać pewną losowość w ustalaniu swojej pozycji.
Prawie jak biegi w poczciwym Ikarusie, swoją drogą jestem pełen podziwu dla kierowców tych maszyn, że potrafią bezbłędnie trafić w właściwy bieg, półmetrowym drążkiem latającym luźno we wszystkich kierunkach.
Ale wracając do naprawy. Po wyczyszczeniu zabrałem się za prostowanie haka, ale przy okazji zauważyłem że sama przerzutka też nie miewa się najlepiej, bo oberwała już ładnych parę razy, do tego zaliczyła wkręcenie się w szprychy, no i bliższe spotkanie z asfaltem, że o tych wszystkich razach gdy robiła za podpórkę nie wspomnę.
Oj nie ma zemną łatwego życia ta przerzutka, ale cóż, nie planowałem jej pieścić ustawiać w gablotce tylko z niej korzystać.
Po tych wszystkich naprawach i sprawdzeniu czy wszystko działa, zrobiłem parę kółek po podwórku i po stwierdzeniu że napęd działa i daje możliwość rozpędzenia się w kierunku bramy wjazdowej, a hamulce skutecznie przed tą bramą zatrzymują, schowałem rower do warsztatu.
W okolicach piątej zacząłem się zbierać i ubierać, jak na nie wiadomo jak ciężką zimę, spodenki rowerowe(dla komfortu jazdy po długim czasie bez roweru), dżinsy, glany, koszulka rowerowa, polar, kominiarka i kurtka przeciwdeszczowa, niestety w tej grubszej wersji. Patrząc na termometr ubrałem się akurat. Sęk w tym, że w takim stroju miałbym komfort cieplny tylko na postoju. Gdy zacząłem jazdę szybko okazało się że ubrałem się za ciepło niestety. Ale na szczęście tragedii nie było. Tylko trochę się spociłem i okulary parowały mi bardziej niż zwykle.
Gdy już byłem pod domem Serafina, podjechał Piernik, a po krótkiej chwili dojechał także Serafin.
Ruszyliśmy wpierw dotankować powietrze do Serafinowego koła na pobliskim BP(a to chyba skrót od Bike Pomp). Już na tym odcinku do stacji, odkryłem że coś niedobrego dzieje się z napędem. Ale nie przejmowałem się tym za bardzo i jechałem dalej w trzyosobowym peletonie.
Trasa do Gliwic przebiegła nam sprawnie, nie licząc mojego przemoczenia spowodowanego kałużami i woda pryskającą z pod kół.
Dojechaliśmy na miejsce sporo przed czasem, więc mieliśmy sporo czasu na przywitanie się ze wszystkimi których i tak nie było za wiele. Ale nie pobiliśmy na szczęście Zabrzańskiego rekordu najmniejszej liczby uczestników.
Wybiła godzina osiemnasta i zazwyczaj o tej godzinie ruszaliśmy. Niestety tym razem tak się nie stało, gdyż zawiodła Policja. Daro szybko rozdzwonił się po okolicznych komisariatach, bo zgodę na przejazd mieliśmy i zabezpieczenie w formie radiowozu też na papierze widniało.
Gdy Daro załatwiał obstawę, ja oddawałem się beztroskiej jeździe do o koła placu Krakowskiego, urozmaicając ją sobie od czasu do czasu, skokiem ze schodów lub próbą jazdy na tylnym kole.
Po chwili Daro wyjaśnił przyczynę nieobecności Policji. Okazało się że owszem radiowóz mamy i czeka na nas, ale na rynku niestety. Ale Darek załatwił to w mig i za chwilę na sygnale przyjechała wielka furgonetka i mogliśmy ruszyć na podbój miasta.
Tym razem masa jechała niespotykanie szybko, bo widocznie panom Policjantom się śpieszyło, ale jakoś nie szczególnie mi to przeszkadzało. Bo pierwszy raz miałem okazję jechać w tunelu aerodynamicznym za radiowozem na sygnale, było to szczególnie przyjemne ze względu na wiatr, który jak to zwykle bywa wiał w ryj, a tak furgonetka przejmowała go na siebie. Miejscami na trasie jechaliśmy ponad 30km/h, niby niewiele ale jak na spokojny zazwyczaj przejazd masy, to bardzo szybko.
Przejazd minął ekspresowo i przyjemnie. Atmosfera była niesamowicie przyjemna, śmiechów i pogawędek było bardzo dużo, innymi słowy klimat taki jaki być powinien na masach.
Gdy już dojechaliśmy na plac Krakowski zaczęliśmy się żegnać i rozjeżdżaliśmy się każdy w swoją stronę. W drodze na Mikule towarzyszył nam McAron, który zawrócił dopiero w Maciejowie. A mi cały czas tylna przerzutka płatała psikusy, wydając dźwięki, jak to Serafin ujął "rżącego kucyka". Jak dla mnie brzmiało to bardziej jak łańcuch mielący przerzutkę, ale może być i kucyk :D
Po odprowadzeniu Piernika na jego włości, Serafin odprowadził mnie pod bramę mego domostwa, a sam udał się na swoją rundkę honorową.
Tak oto minął mi pierwszy dzień na rowerze w tym nowym 2012 roku
Pozdro i do zobaczenia gdzieś na rowerze
sobota, 7 stycznia 2012
wtorek, 20 grudnia 2011
Lodowisko
Daleki od rowerowego jest ten post, bo ostatnimi czasy mimo sprzyjającej pogody, nie potrafię się zmotywować do jazdy.No może poza wypadami do szkoły i z powrotem nieco bardziej okrężną drogą.
Dziś dałem się namówić na aktywność fizyczną nieco innego rodzaju. Dokładnie rzecz ujmując Aga wyciągnęła mnie na łyżwy, do których jak dotąd nie potrafiłem się przekonać. O dziwo z Aga ma na tyle mocy motywującej że i łyżwy mi nie straszne.
Po przyjeździe do Gliwic pięknym Elfem, poczłapałem w kierunku Guśkowej Willi, by chwilę później ruszyć razem na autobus w kierunku leśnego kąpieliska. Na miejscu wypożyczyliśmy łyżwy i wykupiliśmy wejściówki (taka przyjemność kosztuje 6zł za parę łyżew i 4 zł wejściówka/ lub 2 zł dla osób uczących się) i wkroczyliśmy na pustą taflę.
O dziwo w nowych łyżwach made in decathlon, jeździło się całkiem przyjemnie (o ile to co ja tam robię można jazdą nazwać :D)
Jazda trwała około 45 min i w tym czasie zdążyłem odczuć wszystkie kontuzje nóg, jakich doznałem przez ostatnie lata.
Po jeździe wpadłem jeszcze na chwile do Agi i zasiedziałem się aż do ostatniego autobusu. Tak więc przy min 5 czekałem na 32, do Belki. A następnie na placu Teatralnym na tramwaj który miał nadjechać o 23:55. W domu byłem trochę po północy i padłem do łóżka.
Tyle z łyżew, krótko i na temat, ale wpis jest :D
Pozdro
Dziś dałem się namówić na aktywność fizyczną nieco innego rodzaju. Dokładnie rzecz ujmując Aga wyciągnęła mnie na łyżwy, do których jak dotąd nie potrafiłem się przekonać. O dziwo z Aga ma na tyle mocy motywującej że i łyżwy mi nie straszne.
Po przyjeździe do Gliwic pięknym Elfem, poczłapałem w kierunku Guśkowej Willi, by chwilę później ruszyć razem na autobus w kierunku leśnego kąpieliska. Na miejscu wypożyczyliśmy łyżwy i wykupiliśmy wejściówki (taka przyjemność kosztuje 6zł za parę łyżew i 4 zł wejściówka/ lub 2 zł dla osób uczących się) i wkroczyliśmy na pustą taflę.
O dziwo w nowych łyżwach made in decathlon, jeździło się całkiem przyjemnie (o ile to co ja tam robię można jazdą nazwać :D)
Jazda trwała około 45 min i w tym czasie zdążyłem odczuć wszystkie kontuzje nóg, jakich doznałem przez ostatnie lata.
Po jeździe wpadłem jeszcze na chwile do Agi i zasiedziałem się aż do ostatniego autobusu. Tak więc przy min 5 czekałem na 32, do Belki. A następnie na placu Teatralnym na tramwaj który miał nadjechać o 23:55. W domu byłem trochę po północy i padłem do łóżka.
Tyle z łyżew, krótko i na temat, ale wpis jest :D
Pozdro
piątek, 9 grudnia 2011
Była GMK no to czas na ZMK
Jak to już zwykle bywa, tydzień po Gliwickiej masie przychodzi pora na Zabrzańską, na której zabraknąć mnie nie mogło. Ale zacznijmy od początku czyli "jak to dzień mi zleciał, zanim na masę pojechałem"
Wstałem rano, za bardzo rano by myśleć o czymkolwiek poza powrotem do łóżka. Jak pomyślałem tak też zrobiłem, bo co ja będę robił o 4:30??
Gdy już dzień rozpoczął się na dobre, zaczęły się telefony, co, gdzie, kiedy i za ile. Po ugadaniu w terminów i rozplanowaniu wszystkiego, co dziś było do zrobienia, pozbyłem się dwóch naprawianych laptopów (będę się musiał przespecjalizować, bo blaszaki sukcesywnie, wypierane są przez notebooki) i zacząłem się umawiać na drugą część dnia.
Jako że moja skleroza poskutkowała tym, że mój aparat wraz z mą ukochaną pojechał do Gliwic, musiałem obmyślić plan jego odzyskania przed masą.
Plan zmieniał się kilkukrotnie, aż w końcu ostateczna wersja brzmiała:
Serafin kończy pracę i jedzie podbijać Gliwice, w tym czasie Agnieszka wraca z zajęć, a ja za jednym zamachem odwożę Serafina domu i odbieram aparat mogąc, się jednocześnie zobaczyć z Agą :D
Tyle teorii w praktyce wyglądało to tak.
Około 14:30 wyjeżdżam z domu i jadę przez centrum, chociaż "jadę" to zbyt wielkie słowo, lepiej by pasowało "dopracowuję technikę extremalnego stania w korku".
Stałem tak i zastanawiałem się nad pewnym fenomenem korków. Jest zielone (widzę z oddali) i wszyscy stoją. Po chwili włącza się czerwone i kolumna pojazdów rusza. I tak aż do samych świateł gdzie wszystko wraca do normy i stoję na czerwonym bo jechać nie wolno, oraz stoję na zielonym bo nie da się ruszyć. Auta stoją w korku na środku skrzyżowania czym skutecznie utrudniają jazdę.
Po treningu cierpliwości, wzbogaconej o poznawanie nowych funkcji radia w samochodzie, ruszyłem dalej na podój Gliwic. O dziwo zaraz za granicą Zabrza, trafia mi się zielona fala, dzięki czemu nadrabiam korko-minuty stracone w Zabrzu i zjawiam się na ulicy "jakichś tam" wałów (nigdy nie potrafię spamiętać czy górne czy dolne) by złapać w biegu Serafina.
Gdy już załoga czerwonej rakiety była kompletna, ruszyliśmy na Uszczyka. Ale do pokonania były jeszcze dwa lewoskręty w godzinach szczytu, co w książkach do nauki jazdy jest opisane w dziale "Rzeczy niewykonalne, legendy i mity"
Po włączeniu się do samochodowego krwiobiegu, tracimy kolejne korko-minuty, rozprawiając z jakiego to biegu można ruszyć. Po przetestowaniu paru możliwości i nadwątleniu sprzęgła, dojeżdżamy w końcu na miejsce.
Szybkie przywitanie i już mam humor do końca dnia (mimo że dzień się jeszcze nie skończył). Odzyskuje aparat z nadzieją że baterie wytrzymają jeszcze masę. Po szybkim pożegnaniu, ruszamy by wykonać kolejny niewykonalny manewr, skręt w lewo, ze stopu na toszecką w pełnym ruchu :D
O dziwo udaje się to (za trzecim podejściem :D) i już raźnie suniemy w stronę zjazdu na DK88.
Na DK-wce jest już w miarę luźno, więc jakoś tak dziwnym trafem wskazówka licznika dobija do 110km/h przy ograniczeniu do 70 i przed lekkim łukiem, podczas deszczu :D
Po przyjeździe do domu szybko przemieniam się z kierowcy w rowerzystę i ruszam na spotkanie z Serafinem i Piernikiem. Dojechałem za szybko ale po chwili mkniemy już ulicami naszego miasta by stawić się na placu Wolności i czekać na innych rowerowych zapaleńców. W międzyczasie zachwycamy się świątecznym wystrojem centrum.
Stojąc tak we trójkę snuliśmy pewne obawy czy przypadkiem nie pobijemy zeszłorocznego rekordu frekwencji, który wynosił dokładnie, ośmiu rowerzystów i dwa radiowozy :D
Na szczęście po chwili zaczęli się zjeżdżać ludzie i było nas już osiemnaścioro.
Po wybiciu godziny 18:00 ruszyliśmy całym peletonem na kolejny podbój miasta.
Trasa podczas przejazdu zmieniła się nieznacznie by ominąć korki i przeprowadzić cały przejazd bezpiecznie.
Niestety fotki kończą się w tym momencie bo Eneloopy powiedziały dość i to nie tylko te z aparatu, ale i te z CatEya.
Przejazd zakończył się tradycyjnie na placu Wolności, skąd wystartował. Po stwierdzeniu że after lepiej wychodzi gdy jest ciepło i nie ma się napiętego grafiku na dzień następny, pojechaliśmy do domu, odprowadzając po drodze Daniela. Którego to ostatnimi czasy nie widywaliśmy na rowerze.
Po chwili byłem już w domu i zaczynałem obmyślać złowieszczy plan, napisania notki na bloga tego samego dnia w którym odbyła się masa :D Jak widać mission complete :D
To tyle na dziś
DOBRANOC... :D
Wstałem rano, za bardzo rano by myśleć o czymkolwiek poza powrotem do łóżka. Jak pomyślałem tak też zrobiłem, bo co ja będę robił o 4:30??
Gdy już dzień rozpoczął się na dobre, zaczęły się telefony, co, gdzie, kiedy i za ile. Po ugadaniu w terminów i rozplanowaniu wszystkiego, co dziś było do zrobienia, pozbyłem się dwóch naprawianych laptopów (będę się musiał przespecjalizować, bo blaszaki sukcesywnie, wypierane są przez notebooki) i zacząłem się umawiać na drugą część dnia.
Jako że moja skleroza poskutkowała tym, że mój aparat wraz z mą ukochaną pojechał do Gliwic, musiałem obmyślić plan jego odzyskania przed masą.
Plan zmieniał się kilkukrotnie, aż w końcu ostateczna wersja brzmiała:
Serafin kończy pracę i jedzie podbijać Gliwice, w tym czasie Agnieszka wraca z zajęć, a ja za jednym zamachem odwożę Serafina domu i odbieram aparat mogąc, się jednocześnie zobaczyć z Agą :D
Tyle teorii w praktyce wyglądało to tak.
Około 14:30 wyjeżdżam z domu i jadę przez centrum, chociaż "jadę" to zbyt wielkie słowo, lepiej by pasowało "dopracowuję technikę extremalnego stania w korku".
Stałem tak i zastanawiałem się nad pewnym fenomenem korków. Jest zielone (widzę z oddali) i wszyscy stoją. Po chwili włącza się czerwone i kolumna pojazdów rusza. I tak aż do samych świateł gdzie wszystko wraca do normy i stoję na czerwonym bo jechać nie wolno, oraz stoję na zielonym bo nie da się ruszyć. Auta stoją w korku na środku skrzyżowania czym skutecznie utrudniają jazdę.
Po treningu cierpliwości, wzbogaconej o poznawanie nowych funkcji radia w samochodzie, ruszyłem dalej na podój Gliwic. O dziwo zaraz za granicą Zabrza, trafia mi się zielona fala, dzięki czemu nadrabiam korko-minuty stracone w Zabrzu i zjawiam się na ulicy "jakichś tam" wałów (nigdy nie potrafię spamiętać czy górne czy dolne) by złapać w biegu Serafina.
Gdy już załoga czerwonej rakiety była kompletna, ruszyliśmy na Uszczyka. Ale do pokonania były jeszcze dwa lewoskręty w godzinach szczytu, co w książkach do nauki jazdy jest opisane w dziale "Rzeczy niewykonalne, legendy i mity"
Po włączeniu się do samochodowego krwiobiegu, tracimy kolejne korko-minuty, rozprawiając z jakiego to biegu można ruszyć. Po przetestowaniu paru możliwości i nadwątleniu sprzęgła, dojeżdżamy w końcu na miejsce.
Szybkie przywitanie i już mam humor do końca dnia (mimo że dzień się jeszcze nie skończył). Odzyskuje aparat z nadzieją że baterie wytrzymają jeszcze masę. Po szybkim pożegnaniu, ruszamy by wykonać kolejny niewykonalny manewr, skręt w lewo, ze stopu na toszecką w pełnym ruchu :D
O dziwo udaje się to (za trzecim podejściem :D) i już raźnie suniemy w stronę zjazdu na DK88.
Na DK-wce jest już w miarę luźno, więc jakoś tak dziwnym trafem wskazówka licznika dobija do 110km/h przy ograniczeniu do 70 i przed lekkim łukiem, podczas deszczu :D
Po przyjeździe do domu szybko przemieniam się z kierowcy w rowerzystę i ruszam na spotkanie z Serafinem i Piernikiem. Dojechałem za szybko ale po chwili mkniemy już ulicami naszego miasta by stawić się na placu Wolności i czekać na innych rowerowych zapaleńców. W międzyczasie zachwycamy się świątecznym wystrojem centrum.
Stojąc tak we trójkę snuliśmy pewne obawy czy przypadkiem nie pobijemy zeszłorocznego rekordu frekwencji, który wynosił dokładnie, ośmiu rowerzystów i dwa radiowozy :D
Na szczęście po chwili zaczęli się zjeżdżać ludzie i było nas już osiemnaścioro.
Po wybiciu godziny 18:00 ruszyliśmy całym peletonem na kolejny podbój miasta.
Trasa podczas przejazdu zmieniła się nieznacznie by ominąć korki i przeprowadzić cały przejazd bezpiecznie.
Niestety fotki kończą się w tym momencie bo Eneloopy powiedziały dość i to nie tylko te z aparatu, ale i te z CatEya.
Przejazd zakończył się tradycyjnie na placu Wolności, skąd wystartował. Po stwierdzeniu że after lepiej wychodzi gdy jest ciepło i nie ma się napiętego grafiku na dzień następny, pojechaliśmy do domu, odprowadzając po drodze Daniela. Którego to ostatnimi czasy nie widywaliśmy na rowerze.
Po chwili byłem już w domu i zaczynałem obmyślać złowieszczy plan, napisania notki na bloga tego samego dnia w którym odbyła się masa :D Jak widać mission complete :D
To tyle na dziś
DOBRANOC... :D
piątek, 2 grudnia 2011
Mikołajkowa GMK
W tym roku Mikołaj przyjechał wcześniej niż zwykle. I hojnie obdarzył mnie gumami, kapciami i innymi patentami uszczuplającymi zasoby powietrza w kołach.
Zacznijmy może od początku.
W ramach załatwiania spraw na mieście, zakupiłem za złotych szesnaście (zdzierstwo) nową dętkę. By mieć pewność że ilość luftu jaki wtłoczę w kolo, nie zmieni się drastycznie w drodze do i z Gliwic. Gdy przyjechałem do domu, czym prędzej zabrałem się za wymianę. Jak się okazało, przy probie odkręcenia zakrętki wentyla, wykręcił się cały wentyl. I to było przyczyną zejścia luftu. Jednak skoro już nie miałem powietrza w kole i nie byłem pewien czy coś w oponie nie siedzi, postanowiłem wymienić dętkę. Nie będę opisywał tego fascynującego zajęcia, bo już to kiedyś zrobiłem i szkoda posta na pisanie takich wywodów drugi raz.
Upewniwszy się 4 razy że w oponie nic nie ma, założyłem nowiutką Niemiecką dętkę made in china. I napompowałem do odpowiedniego ciśnienia.
Chwilę później umówiłem się z Piernikiem i Serafinem by wyruszyć do Kubusha oraz Ani i dalej do Gliwic.
Wyjechałem 20 min wcześniej by upewnić się że dobrze się ubrałem, bo wiało dość mocno. No i oczywiście by wyregulować hamulec który przy każdej wymianie dętki muszę regulować, bo koło w zacisku nigdy nie potrafi się ustawić tak samo ja przed wyjęciem.
Dojechałem na miejsce trochę przed czasem, ale po chwili wyjechał Serafin i pojechaliśmy jeszcze załatwić jedną pocztowa sprawę. Gdy wróciliśmy, Piernik właśnie wyjeżdżał. Szybkie przywitanie, i już kulaliśmy na Gliwice.
Po drodze przejeżdżałem przez szkło z rozbitej butelki (co oznacza że weekend się zbliża). Po chwili jednak poczułem że ilość powietrza w przednim kole sukcesywnie maleje. Gdy byliśmy jakieś 300m od Kubushowego lokum, powietrza było tak mało jazda groziła nagłą glebą. Szybkie pompowanie i ruszamy dalej. Kolejne pompowanie na wysokości zajezdni autobusowej aż w końcu na wysokości Brawo w Gliwicach, korzystam z propozycji Serafina i postanawiam zmienić dętkę (bo może to tylko wybrakowana sztuka mi się trafiła) Zdejmuję oponę a Serafin zajmuję się poszukiwaniami dziury w dętce, jak się okazało powietrze schodziło, ale dziury nie stwierdzono. Ja w tym czasie kilkukrotnie sprawdzałem czy nic w oponie nie ma i też nic nie stwierdziłem.
Założyłem szybko nową dętkę i zaczynam pompowanie. W tym momencie rozpadła się teleskopowa pompka z Lidla, którą nie tak dawno Rychu testował w formie pałki teleskopowej celując we mnie. Ciekawe co by się stało gdyby wtedy się rozpadła :D
Po tym jak jeden tłok wyłączyłem z użycia, została mi tylko część odpowiadająca za wolne pompowanie ale do wysokiego ciśnienia, tym to można się dopiero namachać.
Po 5 min koło było gotowe, a my z Serafinem ruszyliśmy na przeciw masie bo było już po 18.
Gdy dojechaliśmy na skrzyżowanie na którym mieliśmy się przyłączyć, stwierdziłem brak luftu w kole. Wkurzony i przebrany już w mikołajową czapkę, przekazałem Serafinowi aparat by obfocił przejazd za mnie.
Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć masę z punktu widzenia przechodnia. I muszę przyznać że robi wrażenie.
W czasie gdy masa siała popłoch na ulicach, ja powoli człapałem w SPD'kach na plac Krakowski.
Gdy doszedłem, szybko znalazłem możliwie najjaśniejsze miejsce i zabrałem się za koło. Zdjąłem połowę opony by nie przekręciła się względem obręczy i wyjąłem dętkę. Napompowałem ją ustnie, bo pompką by to wieki zajęło. Po zlokalizowaniu otworka tak małego że prawie nie widocznego, użyłem łatek samoprzylepnych i naprawiłem uszkodzenie. Następnie przyłożyłem dętkę do opony leżącej na ziemi i znalazłem miejsce w którym prawdopodobnie znajdował się powód ucieczki powietrza. Mimo że wiedziałem dokładnie gdzie szukać, nie było łatwo. Dopiero od zewnątrz znalazłem maleńka drobinę szkła, która miała może 1mm szerokości i nie wiele więcej długości. Po wyjęciu dziada, poskładałem wszystko zusammen do kupy. W tym momencie masa wracała już na plac Krakowski.
Sprawnym już rowerem podjechałem do ekipy i ruszyliśmy na Mikołajkowy after.
Na afterze zostaliśmy uraczeni pysznym bigosem, ciastem i herbatą. W miłej atmosferze przy filmach rowerowych miło upływał nam czas.
Gdy już wszyscy byli najedzeni i zadowoleni, ruszyliśmy na domy, w sporej ekipie odprowadzając wszystkich po drodze. Gdy byliśmy już w składzie, Serafin, Piernik i ja, ruszyliśmy na domy drogą przez ciemne lasy, korzystając z dobrodziejstw nowych technologi w oświetleniu rowerowym, które nie dały nam zginąć w lesie.
Tak minęła mi masa z przygodami :D
Pozdro
Zacznijmy może od początku.
W ramach załatwiania spraw na mieście, zakupiłem za złotych szesnaście (zdzierstwo) nową dętkę. By mieć pewność że ilość luftu jaki wtłoczę w kolo, nie zmieni się drastycznie w drodze do i z Gliwic. Gdy przyjechałem do domu, czym prędzej zabrałem się za wymianę. Jak się okazało, przy probie odkręcenia zakrętki wentyla, wykręcił się cały wentyl. I to było przyczyną zejścia luftu. Jednak skoro już nie miałem powietrza w kole i nie byłem pewien czy coś w oponie nie siedzi, postanowiłem wymienić dętkę. Nie będę opisywał tego fascynującego zajęcia, bo już to kiedyś zrobiłem i szkoda posta na pisanie takich wywodów drugi raz.
Upewniwszy się 4 razy że w oponie nic nie ma, założyłem nowiutką Niemiecką dętkę made in china. I napompowałem do odpowiedniego ciśnienia.
Chwilę później umówiłem się z Piernikiem i Serafinem by wyruszyć do Kubusha oraz Ani i dalej do Gliwic.
Wyjechałem 20 min wcześniej by upewnić się że dobrze się ubrałem, bo wiało dość mocno. No i oczywiście by wyregulować hamulec który przy każdej wymianie dętki muszę regulować, bo koło w zacisku nigdy nie potrafi się ustawić tak samo ja przed wyjęciem.
Dojechałem na miejsce trochę przed czasem, ale po chwili wyjechał Serafin i pojechaliśmy jeszcze załatwić jedną pocztowa sprawę. Gdy wróciliśmy, Piernik właśnie wyjeżdżał. Szybkie przywitanie, i już kulaliśmy na Gliwice.
Po drodze przejeżdżałem przez szkło z rozbitej butelki (co oznacza że weekend się zbliża). Po chwili jednak poczułem że ilość powietrza w przednim kole sukcesywnie maleje. Gdy byliśmy jakieś 300m od Kubushowego lokum, powietrza było tak mało jazda groziła nagłą glebą. Szybkie pompowanie i ruszamy dalej. Kolejne pompowanie na wysokości zajezdni autobusowej aż w końcu na wysokości Brawo w Gliwicach, korzystam z propozycji Serafina i postanawiam zmienić dętkę (bo może to tylko wybrakowana sztuka mi się trafiła) Zdejmuję oponę a Serafin zajmuję się poszukiwaniami dziury w dętce, jak się okazało powietrze schodziło, ale dziury nie stwierdzono. Ja w tym czasie kilkukrotnie sprawdzałem czy nic w oponie nie ma i też nic nie stwierdziłem.
Założyłem szybko nową dętkę i zaczynam pompowanie. W tym momencie rozpadła się teleskopowa pompka z Lidla, którą nie tak dawno Rychu testował w formie pałki teleskopowej celując we mnie. Ciekawe co by się stało gdyby wtedy się rozpadła :D
Po tym jak jeden tłok wyłączyłem z użycia, została mi tylko część odpowiadająca za wolne pompowanie ale do wysokiego ciśnienia, tym to można się dopiero namachać.
Po 5 min koło było gotowe, a my z Serafinem ruszyliśmy na przeciw masie bo było już po 18.
Gdy dojechaliśmy na skrzyżowanie na którym mieliśmy się przyłączyć, stwierdziłem brak luftu w kole. Wkurzony i przebrany już w mikołajową czapkę, przekazałem Serafinowi aparat by obfocił przejazd za mnie.
Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć masę z punktu widzenia przechodnia. I muszę przyznać że robi wrażenie.
W czasie gdy masa siała popłoch na ulicach, ja powoli człapałem w SPD'kach na plac Krakowski.
Gdy doszedłem, szybko znalazłem możliwie najjaśniejsze miejsce i zabrałem się za koło. Zdjąłem połowę opony by nie przekręciła się względem obręczy i wyjąłem dętkę. Napompowałem ją ustnie, bo pompką by to wieki zajęło. Po zlokalizowaniu otworka tak małego że prawie nie widocznego, użyłem łatek samoprzylepnych i naprawiłem uszkodzenie. Następnie przyłożyłem dętkę do opony leżącej na ziemi i znalazłem miejsce w którym prawdopodobnie znajdował się powód ucieczki powietrza. Mimo że wiedziałem dokładnie gdzie szukać, nie było łatwo. Dopiero od zewnątrz znalazłem maleńka drobinę szkła, która miała może 1mm szerokości i nie wiele więcej długości. Po wyjęciu dziada, poskładałem wszystko zusammen do kupy. W tym momencie masa wracała już na plac Krakowski.
Sprawnym już rowerem podjechałem do ekipy i ruszyliśmy na Mikołajkowy after.
Na afterze zostaliśmy uraczeni pysznym bigosem, ciastem i herbatą. W miłej atmosferze przy filmach rowerowych miło upływał nam czas.
Gdy już wszyscy byli najedzeni i zadowoleni, ruszyliśmy na domy, w sporej ekipie odprowadzając wszystkich po drodze. Gdy byliśmy już w składzie, Serafin, Piernik i ja, ruszyliśmy na domy drogą przez ciemne lasy, korzystając z dobrodziejstw nowych technologi w oświetleniu rowerowym, które nie dały nam zginąć w lesie.
Tak minęła mi masa z przygodami :D
Pozdro
Subskrybuj:
Posty (Atom)